We Wrocławiu, w pobliżu ulicy Kiełbaśniczej jest tania księgarnia. Taka sama jest na Brackiej w Krakowie. W Warszawie nie ma nic taniego, bo gonimy Londyn – do tego stopnia, że wszyscy się tam wybierają na stałe.
A w Łodzi, nie wiem gdzie jest ksiegarnia, ale na pewno jest.
To będzie tekst o książkach, więc osoby nowoczesne nie powinny nań marnować czasu. Niech sobie lepiej SMS-ują lub mailują, a nawet niech wykorzystają ten czas na prasowanie.
Kiedy byłam mała, moim marzeniem było osobiste czytanie i tak mi zostało do teraz. Moje koleżanki chodzą do molochów handlowych, powąchać kosztowne perfumy, ja do księgarni – powąchać książki. Pamiętam te z mojego domu. Tanie, na gazetowym papierze nowości wydawnicze typu: Trylogia, Prus, Brandys, Iwaszkiewicz czy Parandowski – i na okrasę przedwojenne encyklopedie w skórze z pozłotką.
Potem amerykańscy komuniści, Faulkner, Steinbeck, Hemingway i prozy: japońska oraz iberoamerykańska. Superszyk i radzieckie albumy z malarstwem zachodnim z ich muzeów. Zapach poszczególnych wydawnictw, ze szczególnym uwzględnieniem drugiego obiegu, który był wyłącznie dla osób o sokolim wzroku. I widzę, że całe moje życie było obłożone książkami. Tyle się naczytałam, że w końcu czas już trochę popisać.
Ciekawe, że teraz, w czasach najpiękniejszych książek, czytamy mniej, choć komputerowa konkurencja jest jakościowo bardzo, ale to bardzo marniutka. To jest tak, jakby się chciało wszystko pożreć, zamiast dostrzec przed nosem talerzyk z kanapeczką z szarym kawiorem.
Nie polecam też telewizji, poza wiadomościami, bo dlaczego ktoś ma mi zagospodarowywać intelektualnie wieczór. Nie ma filmu lepszego od swojego literackiego pierwowzoru, nie ma większego uspokojenia niż dobra lektura. Proponuję, choćby dla rozgrzewki, chociaż raz w tygodniu spędzić godzinę w księgarni, ale na piętrze z albumami i literaturą, a nie tam, gdzie sprzedają kasety i płyty z filmami.
Autor artykułu: Hanna Bakuła