Archive for May, 2007

Finał DBE: Drugi mecz także dla Prokomu

Monday, May 21st, 2007

W zakończonym nie dawno drugim finałowym meczu Dominet Bank Ekstraligi, Prokom Trefl Sopot wykonał swój plan i pokonał po raz drugi na własnym parkiecie Turów Zgorzelec.

Prokom już w pierwszej kwarcie dał wszystkim do zrozumienia, że to on jest bardziej wypoczęty po piątkowym meczu i to właśnie sopocianie rozpoczęli od mocnego uderzenia na kosz Turowa. – Zaczęliśmy z wielką energią, nie tak jak w pierwszym spotkaniu, kiedy to nie graliśmy najlepiej, ta gra nam się nie udawała, to nie była gra finałowa. Dzisiaj zmieniliśmy mentalność, wszystko było w naszych głowach – powiedział po meczu zawodnik Prokomu – Donatas Slanina. Gospodarze wygrali pierwszą odsłonę aż 32:19.

Słabym punktem w drużynie ze Zgorzelca byli dwaj podstawowi gracze, czyli Andreas Rodrigues i Thomas Kelati. W pierwszym meczu obaj ci zawodnicy błyszczeli, dzisiaj natomiast byli słabsi, czego powodem może być zmęczenie, gdyż w każdym meczu Turowa spędzają oni prawie całe spotkanie na parkiecie.

- Naszym kluczem do zwycięstwa była dzisiaj gra w obronie, powstrzymanie Thomasa Kelatiego. Rozumieliśmy się w obronie, pomagaliśmy sobie i dzięki temu wygraliśmy.

W szeregach Prokom dobrze zaprezentowali się zawodnicy, którzy wchodzi na parkiet z ławki rezerwowych m. in. Filip Dylewicz, Michael Andersen oraz Thomas Pacesas.

- Każdy z nas gra tak jak może, pomaga zespołowi – powiedział po meczu kapitan Prokomu – Thomas Pacesas. Znacznie lepiej w wykonaniu Turowa wyglądała druga połowa meczu. Za sprawą celnych rzutów Roberta Witki goście mogli liczyć jeszcze na odrobienie strat. Mimo tego, że podopieczni Saso Filipovskiego z dobrym efektem gonili gospodarzy, to w czwartej kwarcie wszystko niestety poszło na marne. Za pięć przewinień parkiet musieli opuścić Kelati i Witka, a to przesądziło o tym, że Turów został pozbawiony swojej broni w ataku.

Kilka szybkich akcji w wykonaniu Donatasa Slaniny, najskuteczniejszego w dzisiejszym meczu, pozwoliło Prokomowi spokojnie dotrwać do końca meczu. Prokom Trefl Sopot pokonał u sienie Turów Zgorzelec 80:70 i prowadzi w całej rywalizacji 2-0.

Kolejne dwa spotkania rozegrane zostaną tym razem w Zgorzelcu, gdzie całe miasto żyje koszykówką i zapewne Prokomowi nie będzie tak łatwo wygrać na trudnym terenie rywala.

- Postawimy sobie plan minimum, jeden mecz wygrać i mam nadzieję, że go wypełnimy. Uda się wygrać dwa to dobrze, nie uda się żadnego to trudno będziemy walczyć dalej, mamy przewagę boiska – dodał Pacesas.

Następne spotkanie Prokomu z Turowem w najbliższy piątek 25 maja w Zgorzelcu.

Autor artykułu: Łukasz Solski

Anioł znów zaśpiewa w Polsce

Monday, May 21st, 2007

Antony & The Johnsons znowu zagrają w Polsce. Po niedawnym, niezwykle ciepło przyjęty występie na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, przyszła pora na stolicę. Koncert odbędzie się 26 czerwca w Sali Kongresowej w Warszawie.

Antony Hegarty jest od wielu lat związany z nowojorską sceną alternatywną, gdzie zaczynał od występów jako drag queen w gejowskich klubach. W 1998 roku udało się mu wydać swoją debiutancką płytę, jednak nie od razu świat usłyszał jego anielski głos. Musiały minąć dwa lata, by został on dostrzeżony. Antonym zachwycił się legendarny Lou Reed i zaprosił do wspólnych nagrań.

Potem było z górki. Hegarty okazał się odkryciem wokalnym. Zaczął współpracować z takimi artystami niezależnej sceny, jak siostry Casady z Coco Rosie, David Tibet z Current 93, czy ostatnio Yoko Ono i Bjork (Antony’ ego można usłyszeć w dwóch piosenkach na najnowszej płycie islandzkiej wokalistki pt. “Volta”). Artysta wydał w 2005 r.u drugi długogrający album pt. “I’ m A Bird Now” i ugruntował swoją pozycję jednej z najciekawszych postaci współczesnej muzyki (płyta została wyróżniona prestiżową nagrodą “Mercury”).

I nie ma się co dziwić tej nagłej karierze. Usłyszeć głos Antony’ ego to wyjątkowe przeżycie dla każdego melomana. Jest on często porównywany do anioła i nie ma w tym zbyt wielkiej przesady. – Kiedy pierwszy raz usłyszałem “Cripple And The Starfish” [utwór z debiutanckiej płyty - red.] poczułem obecność anioła – wyznał w jednym z wywiadów Luo Reed. – Usłyszeć głos Antony’ego, to jak usłyszeć pierwszy raz Elvisa. Dwa słowa i masz złamane serce – nie kryła zachwytu sławna artystka Laurie Anderson.

Kompozycje Hegarty’ ego są bardzo spokojne i liryczne. Opierają się głównie na skąpych partiach fortepianowych (wykonywanych przez niego) i są wspomagane przede wszystkim przez delikatne linie melodyjne instrumentów smyczkowych. To tylko tło dla jego niesamowitego, lekko rozedrganego, pełnego skrajnych emocji wokalu. Jeśli jakikolwiek śpiew może być androgyniczny, to będzie to właśnie śpiew Antony’ ego. Zresztą artysta nie kryje swego zafascynowania kobiecością, co również widać w kreowanych przez niego wizerunkach.

Antony &The Johnsons, 26 czerwca 2007 godz. 20, Sala Kongresowa, Warszawa. Bilety: 150 zł – 210 zł w internetowej sprzedaży na www.eventim.pl.

Autor artykułu: Łukasz Stafiej

Moskwa: Moda warszawska I połowy XX stulecia

Monday, May 21st, 2007

Ludzie uważnie czytają historię kolekcji, dowiadując się, że większość rzeczy to cudem ocalałe szczątki mienia rodzin ze zbombardowanej Warszawy. Zbierane przez długie lata, wykopane spod gruzów, przechowane jako pamiątki po bliźnich, którzy zginęli podczas wojny. – Tu w każdej sukni lub torebce jest czyjeś życie – mówią ludzie już przy wejściu do Muzeum Historii Moskwy.

Polska międzywojenna jest unikalnym okresem polskiej historii, można powiedzieć – rozkwitem polskości. Moda tych czasów jest także unikalna – przecież życie wrzało, zmieniając akcenty w stylach ubioru. Demokratyzacja społeczeństwa, emancypacja kobiet, oszałamiający rozkwit popularności kina – to wszystko kształtowało modę. Historia mody – to odzwierciedlenie historii kraju. Dlatego mieszkanki Moskwy tak chętnie idą do Muzeum Historii Moskwy, aby obejrzeć wystawę pt. “Moda warszawska I polowy XX stulecia”.

Najpierw ludzie uważnie czytają historie kolekcji, ze smutkiem dowiadując się o tym, że większość rzeczy – to cudem ocalałe szczątki mienia rodzin ze zbombardowanej, spalonej Warszawy. Są to rzeczy zbierane przez długie lata, wykopane spod gruzów, przechowane jako pamiątki po bliźnich co zginęli w wirze wojny. -Tu w każdej sukni lub torebce jest czyjeś życie – mówią ludzie już przy wejściu.

Na sali muzealnej od razu czuje się nastrój tych lat. Z ukrytych w ścianach głośników płyną ciche melodie: “Chryzantemy złociste”, “Ostatnia niedziela”… Ludzie z radosnym zdumieniem słuchają polskiego tekstu ostatniego utworu: melodia ta jest do dziś dnia szalenie popularna w Rosji, jako tango “Zmęczone słońce”, ale, jak często bywa, mało kto wie, że jest to tango Jerzego Petersburskiego, tak samo jak “Błękitna chusteczka”….

Ściany zdobią zdjęcia z prywatnych albumów. Starsi panowie z wnukami, kokieteryjne panienki w balowych sukniach, bobasy w koronkowych koszulkach. Zdjęcia ślubne, komunijne, sportowe. Ludzie, losy, życie, które tak brutalnie przekreśliła potem wojna. A wokół stoją manekiny w starych, ale jeszcze pięknych lub zabawnych strojach.

W tak popularnym w Moskwie filmie “Va-bank” jest króciutki, ale piękny moment. Oto Marta Rychlińska, grana przez Ewę Szykulską, staje na chwile w drzwiach restauracji. Cala jej postać – czarny toczek, miękka peleryna, woalka – tchnie kobiecością, kruchością a jednocześnie – niewymowną godnością, niezależnością, gotowa sprostać wyzwaniom losu.

Wystawione na sali ubiory sprawiają takie samo wrażenie. Misternie robiona szydełkiem torebka, ręczenie naszywana pajetkami saszetka. Toczki: jeden zrobiony przez znana firmę, drugi – chałupniczo, przez nieznana kobietę z Warszawy w 1929 roku. Nawet nie wiem, który jest lepszy. Od razu przypomina mi się Magdalena Samozwaniec, która powiedziała, że kobieta potrafi zrobić trzy rzeczy z niczego: awanturę, sałatkę i kapelusz. Ta mistrzyni, co zrobiła sobie nowy toczek, miała do dyspozycji stary męski dęciak, resztki boa i granatowa farbę, a wyczarowała z tego absolutne cacuszko. Mimo braku pieniędzy musiała zabójczo wyglądać w tym kapelusiku. “Boso, ale w ostrogach”! A te suknie, zrobione z wielką fantazją, z tkanin, których już nie ma, i nawet ich nazwy zniknęły z ludzkiej pamięci? Suknia ślubna, na niewysoka kobietkę, bardzo skromna, a do niej – ażurowe, białe, bawełniane pończoszki, wyprodukowane w Warszawie w roku 1910. Są malutkie, jak na siedmioletnia dziewczynkę. Obok stoją białe buciki, malutkie, zapinane na tysiąc guziczków. (Pani obok mnie komentuje z błogim uśmiechem: “Do takich bucików to trzeba zakochanego mężczyznę, żeby to wszystko zapinał”). Suknia-paw z lat dwudziestych, cala naszywana pajetkami: pióra pawia – to dól króciutkiej sukienki, a dziób jest jedynym ramiączkiem. Do tego siateczka na głowę i kokieteryjne pantofelki do charlestonu.

Tryumfem talentów, natchnienia i wytrzymałości kobiety warszawskiej jest piękna, bladozielona bluzka o skomplikowanym kroju, ozdobiona guziczkami i falbankami. Wszystkie panie od razu ja wypatrują i idą do niej… żeby przeczytać, że była uszyta z jedwabiu spadochronowego w 1944 roku. Ktoś po cichu ociera łzy.

Ludzie rozglądają się po sali, ja patrzę na ludzi. Uśmiechy: nostalgiczne, marzycielskie, rozczulone. Ktoś marszczy brwi przy pamiątkach z lat wojennych. Ale obojętnych nie ma. O tym świadczy księga wpisów:

“ Dziękujemy za kawałek ukochanej Polski. Ania, Rita, 27.04.2007”

“Chciałabym raz jeszcze urodzić się w Polsce, w tych czasach! – Nina, 1.05.2007”

“To pamiątki po ludziach, co żyli, kochali, rodzili dzieci. A jutro była wojna. –Siergiej, 15.05.2007”

“Z całego serca dziękujemy Warszawie za te wspaniałą wystawę. Wycieczka z liceum malarskiego”

“Patrząc na te świadectwa kobiecości już nie dziwimy się rycerskość Polaków. Dima, Nikita”

Ja też chciałabym podziękować za ten piękny prezent: cząstkę warszawskiej historii.

P.S. Bardzo chciałabym upiększyć ten artykuł zdjęciami, ale robienie zdjęć w muzeum jest zabronione.

Autor artykułu: Luba Miedwiediewa

Łukasz Fabiański oficjalnie bramkarzem Arsenalu!

Friday, May 11th, 2007

Przed chwilą na oficjalnej stronie klubu Arsenal Londyn pojawiła się informacja o definitywnym transferze Łukasza Fabiańskiego do tego klubu. Zakup potwierdził trener “Kanonierów” – Arsene Venger

Mimo niedawnych spekulacji mediów polskich i angielskich wciąż nikt z londyńskiego klubu oficjalnie nie potwierdził informacji o kupnie z warszawskiej Legii bramkarza reprezentacji Polski – 22 letniego Łukasza Fabiańskiego. Jednak jak zaobserwowałem wczoraj późnym wieczorem, informacja o podpisaniu kontraktu pojawiła sie na prestiżowej, piłkarsko-menadżerskiej stronie internetowej www.transfermarkt.de a dziś około południa na oficjalnej http://www.arsenal.com klubu Arsenal Londyn.

Trener “Kanonierów” potwierdził dziś na łamach internetowej telewizji klubowej prawdziwość tych spekulacji: – Tak, to dojdzie do skutku. On będzie naszym nowym bramkarzem.
Menadżer dodaje, że zdaje sobie sprawę, ze dla młodego bramkarz będzie to wielkie wyzwanie, jednak jest on dla klubu inwestycją na przyszłość. – Niebawem stanie się jednym z najlepszych bramkarzy w historii Arsenalu – dodaje Venger. Suma transferu oscyluje wokół 3 milionów euro jest więc większa o około 700 tys. euro od kwoty jaką zapłacił Legii Celtic Glasgow za Artura Boruca, nomen omen również przymierzanego wcześniej do drużyny z Emirates Stadium.

Przypomnijmy, że na Wyspach Brytyjskich występuje już aż 6 polskich bramkarzy: Zbigniew Małkowski i Artur Boruc w Szkocji oraz Jerzy Dudek, Tomasz Kuszczak, Wojciech Szczęsny i Bartosz Białkowski w Anglii. Do ligi szkockiej przymierzany jest te poważnie rezerwowy bramkarz Korony Kielce – Łukasz Załuska.

Autor artykułu: Marcin Nowak

Zielona alternatywa – dziś dzień bez śmiecenia

Friday, May 11th, 2007

W mojej kuchni w Paryżu wisi plakat, który dostałam z Urzędu Miejskiego. Przedstawia on graficzny schemat podziału odpadów domowych na poszczególne grupy zwrotne. Od paru lat służy mi jako ściąga do recyklingu. Przyłącz się do akcji – śmieć z głową!

Codziennie uczę się dzielić moje śmieci. Każdy rodzaj odpadu ma swój osobny kontener, który znajduje się w komórce na śmieci, na parterze kamienicy, w której zamieszkuję. Zasady segregacji odpadów są dość rygorystyczne, aczkolwiek łatwe do wdrożenia: papier i karton, plastikowe butelki oraz puszki po konserwach, ale czyste wędrują do kosza z żółtą klapa. Butelki i słoiki szklane powinny być również czyste i należy je wrzucić do kontenera z białą pokrywą. Wszystko, co nie nadaje się do segregacji oraz odpady organiczne wędrują do zielonego kubła ogólnoodpadowego. Tyle o Francji…

W Polsce świadomy recykling jeszcze raczkuje, mimo iż 30 lat temu szkolne zbiórki makulatury i osiedlowe skupy butelek były codziennością. Pozytywne refleksy zanikły wraz z napływem masowej konsumpcji.
Kupujemy i wyrzucamy w ilości wzrastającej proporcjonalnie do nowych supermarketów. Nie zastanawiając się nad konsekwencjami takich działań.

W tym roku po raz pierwszy w Polsce 11 maja jest dniem bez śmiecenia. Pomysł takiego święta narodził się z inicjatywy młodych ekologów na międzynarodowym spotkaniu “Europejski Eko-Parlament Młodzieży”. Koordynacją tego święta w Polsce zajmuje się spółka non-profit Rekopol, wspomagana przez czołowych producentów przemysłowych, na których ciąży obowiązek recyklingu opakowań produktów wprowadzanych przez nich na rynek. Data została wybrana symbolicznie, gdyż 11 maja 2001 polski parlament uchwalił pakiet ustaw wdrażających system sortowania i odzysku opakowań.

W Polsce obowiązują różnorakie systemy zbiórki selektywnej: specjalne worki na odpady, czy kolorowe kontenery. Na stronie internetowej akcji “dnia bez śmieci”, krok po kroku opisane są etapy recyklingu poszczególnych odpadów – uprzednio podzielonych na grupy według szczegółowych instrukcji jakich dostarcza strona “dzień bez śmiecenia”. Dostępne są również plakaty i ulotki dydaktyczne dla nauczycieli oraz eko-elementarze dla młodzieży. Warte poznania są również ciekawostki-fakty ze świata odpadków:

- 125 cm stos makulatury pozwala uratować 6 metrową sosnę,
- porzucona w lesie butelka plastikowa rozłoży się po 500 latach, guma do żucia po 5 latach, niedopałek papierosa po 2 latach,
- wyprodukowanie 6 puszek ze złomu aluminiowego pozwala zaoszczędzić energię uzyskaną ze spalenia 1 litra benzyny…

Jest to akcja godna upowszechnienia, gdyż świadomość obywatelska kształtuje się poprzez wspólnie realizowane cele na rzecz ludzkości. Czysta natura to nasze wspólne dobro. Chrońmy nasze środowisko naturalne, ograniczając dzikie wysypiska śmieci, inteligentnie sortując odpady oraz ograniczając bezmyślną konsumpcję.

odwiedź: www.dzienbezsmiecenia.pl

Autor artykułu: Paulina Plizga

Przewidywalna kolejka Orange Ekstraklasy

Thursday, May 10th, 2007

Wszystkie dzisiejsze mecze 26. kolejki Orange Ekstraklas zakończyły się zgodnie z planem. Obstawiając wyniki u bukmacherów można było sobie podreperować budżet domowy.

Najłatwiej zwycięstwo przyszło piłkarzom Lecha Poznań, którzy na remontowanym stadionie przy ulicy Bułgarskiej wręcz rozbili słabiutkiego tego dnia łódzkiego Widzewa 6:1. Smaczku temu meczowi dodał fakt, że napastnik Lecha Piotr Rejs zdobył swojego 100. i 101. gola w polskiej ekstraklasie i dołączył do ekskluzywnego “Klubu 100″.

Najbardziej męczyła się w tej kolejce drużyna mistrza Polski Legia Warszawa, która w Łęcznej pokonała tamtejszego górnika 2:1. Ale to zwycięstwo drużynie z ulicy Łazienkowskiej nie przyszło łatwo, ponieważ jako pierwsi bramkę zdobyli gospodarze (po strzale Tomasza Zahorskiego) i piłkarze z Łazienkowskiej musieli “gonić” wynik. Legia na cztery mecze rozegrane pod wodzą trenera Jacka Zielińskiego wygrała trzy.

Lider z Bełchatowa odniósł planowe zwycięstwo w Gdyni, pokonując Arkę 3:1 i umocnił się na pierwszym miejscu w Orange Ekstraklasie. Chyba na cztery kolejki przed zakończeniem sezonu już nikt nie wyobraża sobie, że piłkarze z małego Bełchatowa nie zdobędą tytułu mistrza Polski.

Wicelider z Lubina po zaciętym i dramatycznym spotkaniu w Krakowie zremisował bezbramkowo z Wisłą i to może oznaczać, że piłkarze Białej Gwiazdy mogą już tylko liczyć chyba na cud, aby zagrać w pucharach.

W spotkaniu dwóch zasłużonych klubów dla rozwoju polskiej piłki nożnej Górnik Zabrze zremisował z Łódzkim Klubem Sportowym 1:1 Natomiast brazylijska Pogoń na własnym stadionie “utonęła” w Wodzisławskiej Odrze i przegrała 1:3. W tym meczu dwie bramki zdobył Jakub Grzegorzewski, dla którego to były trzecia i czwarta bramka w trzeci meczu z rzędu.

Autor artykułu: Maciek Łaski