Archive for March, 2007

Polska wygrała z Azerbejdżanem 5:0

Saturday, March 24th, 2007

Piłkarska reprezentacja Polski prowadzi w meczu eliminacyjnym Euro 2008 z drużyną Azerbejdżanu 5:0. Biało-czerwoni schodzili do szatni z przewagą trzech goli, lecz nie zwolnili tempa także po przerwie, strzelając rywalom kolejne bramki.

Przed meczem
Kolejnym przystankiem na drodze piłkarskiej reprezentacji Polski do Euro 2008 jest reprezentacja Azerbejdżanu. Choć rywale od lat uwięzieni są gdzieś na dnie futbolowej hierarchii (dokładnie 123. miejsce w rankingu FIFA), brak koncentracji i pewność łatwego zwycięstwa są ostatnimi rzeczami, o których podopieczni Leo Beenhakkera powinni choćby myśleć. Wrześniowe spotkanie z innym zespołem ze wschodu Europy, Kazachstanem, który teoretycznie powinien przecież oddać trzy punkty już przed wyjściem na boisko, pokazało, że nawet kilka klas niższy przeciwnik może być zaporą trudną do przejścia. Wygraną Polaków w Ałmatach uratował Ebi Smolarek, którego w Warszawie zabraknie. W kadrze nie ma również bohaterów ostatniej potyczki z Azerami: Tomasza Frankowskiego i Marka Saganowskiego, którzy łącznie aż pięciokrotnie trafili do siatki przeciwnika. Kto teraz strzelać ma bramki dla reprezentacji?

Ciężar siły ofensywnej spoczywał będzie na barkach grających w linii ataku Macieja Żurawskiego i Radosława Matusiaka, jak również pomocników: Łukasza Garguły, Wojciecha Łobodzińskiego i Jacka Krzynówka. A jako że pierwszymi atakującymi drużyny zwykle są obrońcy, to losy eliminacyjnego pojedynku w dużej mierze zależeć będą od postawy bocznych defensorów: Marcina Wasilewskiego i Michała Żewłakowa.

Dodatkowym wiatrem w plecy naszej ekipy mógł być fakt, iż w rozegranym wcześniej pojedynku grupy A Kazachstan pokonał Serbię 2:1.

Polacy wybiegli na mecz z Azerbejdżanem w następującym składzie:

Boruc – Wasilewski, Bak, Dudka, Żewłakow – Łobodziński, Lewandowski, Garguła, Krzynówek – Żurawski, Matusiak

Błyskawiczne ciosy Polaków
Jak dość łatwo można było się domyśleć, biało-czerwoni błyskawicznie rzucili się do akcji ofensywnych. Mimo to, przebieg początku spotkania przekroczył najśmiejsze oczekiwania najbardziej optymistycznie nastawionych kibiców. Polacy objęli prowadzenie już w drugiej minucie, kiedy to z rzutu wolnego świetnie dośrodkował znajdujący się w wybornej formie Łukasz Garguła, a bramkarza gości strzałem głową pokonał Jacek Bąk. Chwilę obserwowaliśmy kolejny wybuch euforii tysięcy kibiców zgromadzonych na stadionie warszawskiej Legii. Maciej Żurawski fenomenalnie dograł piłkę do Dariusza Dudki, który z najbliższej odległości trafił do siatki Azerów.

Zawodnicy Beenhakkera nie pozostawiali oszołomionemu błyskawicznymi ciosami przeciwnikowi żadnych złudzeń co do swego panowania na murawie. W poczynaniach polskiego zespołu dało się zaobserwować olbrzymią chęć walki i zaangażowanie. Walka o każdy metr boiska, ba, o każde źdźbło zieleniącej się trawy, i wylewanie wiader potu od pierwszych minut musiały podobać się fanom, którzy z czasem coraz bardziej dopingowali gospodarzy.

Spokój i fenomen Garguły
Po wyjściu z agonalnej świadomości, gracze Azerbejdżanu próbowali przedostać się pod nasze pole karne. Kubłem wody na rozgrzane emocjami głowy obrońców był strzał w poprzeczkę Emina Imamalijewa. Posługując się żargonem piłkarskim można stwierdzić, że w następnym okresie gra nieco “siadła”. O ile Polacy kontrolowali sytuację grając niezwykle spokojnie, tak goście grać jedynie próbowali. Dwukrotnie groźnie z dystansu uderzał Mariusz Lewandowski, lecz piłka mijała słupek bramki Dżachangira Gasanzade. W 30. minucie po błędzie defensywy rywala przed szansą strzelenia gola stanął Jacek Krzynówek. Piłkarz VFL Volfsburg za bardzo liczył jednak na faul azerskiego golkipera, którego słusznie nie dopatrzył się sędzia.

Co się odwlecze, to nie uciecze. Trzy minuty później najwyższej klasy podaniem w pole karne popisał się Garguła, a na 3:0, oczywiście głową, podwyższył Wojciech Łobodziński. Na olbrzymie brawa zasługiwał zwłaszcza rozgrywający fenomenalną partię pomocnik GKS-u Bełchatów.

Świetnie prezentował się również Maciej Żurawski. Napastnic Celticu Glasgow imponował dokładnością podań, lecz wciąż nie mógł trafić do siatki w barwach reprezentacji. Ostatnią bramkę popularny “Magic” zdobył w kadrze we wrześniu 2005 roku przeciw Walijczykom, lecz kibice liczyli na rychłe przełamanie jego strzeleckiej niemocy.

Po pierwszej połowie wielu cisnęło się na usta słowo “dziękujemy”, choć biorąc pod uwagę dzisiejszą postawę Polaków należało sprostować: dziękujemy, ale czekamy na więcej. Bo o ile niekopanie leżącego jest w życiu zasadą nader słuszną, to w kontekście dalszych ciosów zadanych Azerom zmieniającą nieco swe znaczenie.

Już kilka chwil po przerwie Polacy mogli podwyższyć na 4:0. Bardzo dobrym, prostopadłym podaniem błysnął w środku pola Lewandowski, a dogodnej sytuacji nie wykorzystał coraz częściej wbiegający w obręb “szesnastki” przeciwnika Łobodziński.

Błyszczące gwiazdy Beenhakkera
W 58. minucie spotkania ponownie geniuszem pochwalił się Garguła, obsługując dokładnym zagraniem Krzynówka, który na raty starał się pokonać bramkarza gości. Udało się to nie bez pomocy obrońcy rywali, a Polacy cieszyć się mogli z czwartego gola.

Na postać “pierwszego męczennika” pojedynku wyrastał Radosław Matusiak. Snajper sycylijskiego Palermo imponował zaangażowaniem i poświęceniem dla dobra partnerów z drużyny, sam pozostawał jednak w cieniu strzelców bramek. W obliczu olbrzymiej pracy, jaką niewątpliwie wykonał dziś Matusiak, trener Beenhakker postanowił oszczędzić nieco piłkarza, wprowadzając w jego miejsce Przemysława Kaźmierczaka.

Na boisku z czasem zaczęło “wiać nudą”, a zawodnicy obu zespołów nie kwapili się do ataków. Na listę strzelców próbował wpisać się właśnie “świeży” na murawie pomocnik Boavisty Porto, lecz lekki strzał w środek bramki nie zaskoczyłby nawet ospałego przedszkolaka, o azerskim golkiperze nie wspominając. W 78. minucie mieliśmy drugą zmianę wśród biało-czerwonych, kiedy to jednego z głównych bohaterów spektaklu przy ul. Łazienkowskiej, Jacka Krzynówka, zastąpił Ireneusz Jeleń.

A już miałem pisać, że Polacy spuścili z tonu. W środku zdania z planów wyrwał mnie jednak telewizyjny ryk Dariusza Szpakowskiego, oznajmiający piątego gola reprezentacji. W 83. minucie dokładnie z narożnika boiska piłkę w pole karne wrzucił nie kto inny jak motor napędowy drużyny w sobotni wieczór – Łukasz Garguła. Z najbliższej odległości piąty cios dawno znokautowanemu Azerbejdżanowi zadał Kaźmierczak.

Niemoc “Żurawia”
W końcowych chwilach spotkania przed niepowtarzalną szansą przełamania wyżej opisanej niechlubnej passy stanął Maciej Żurawski. Mimo olbrzymiego doświadczenia kapitan zespołu zapomniał jednak chyba, że bramka piłkarska ma nieco ponad dwa metry wysokości, a nie dziesięć. W doliczonym czasie meczu “władca muraw” miał pomylił się już o kilkadziesiąt centymetrów. W środowym pojedynku z Armenią musi wreszcie trafić.

Przy krzyku radości i podziękowania biało-czerwonych kibiców sędzia zagwizdał po raz ostatni, kończąc męki Azerów. Polacy przewyższali rywali w każdym elemencie gry, pozostawiając po sobie niezapomniane wrażenie. Wrażenie spokoju w grze, błysku indywidualności i całej drużyny zarazem, idealnego realizowania taktycznych założeń genialnego Leo Beenhakkera. Serca sympatyków futbolu podbił Łukasz Garguła, rewelacyjnie kierując poczynaniami reprezentacji, a umiejętnościami technicznymi zadziwiając wielu krytyków.

Już w najbliższą środę przeciwnikiem Polski będzie Armenia, lecz po obejrzeniu dzisiejszego spotkania, Ormianie bać się powinni choćby wyjścia na boisko.

Autor artykułu: Krzysztof Baraniak

Król znów najlepszy, Małysz triumfuje w Planicy!

Saturday, March 24th, 2007

Adam Małysz wygrał kolejny konkurs Pucharu Świata w słoweńskiej Planicy. Po wspaniałym występie na Letalnicy, Polak wyprzedził Norwega Andersa Jacobsena i Austriaka Martina Kocha, znów przybliżając się do zdobycia Kryształowej Kuli!

Przed konkursem
Piątkowe wydarzenia na Velikance na długo wbiją się w pamięć polskich kibiców. Adam Małysz nie tylko po raz pierwszy w karierze triumfował na mamuciej skoczni w Planicy, lecz przede wszystkim powrócił na fotel lidera klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Przed sobotnim konkursem przewaga mistrza nad Andersem Jacobsenem, który wczoraj zajął szóstą pozycję, wynosiła czterdzieści sześć punktów. Norweg zwłaszcza skokiem w drugiej serii pokazał chęć nawiązania walki o Kryształową Kulę, lecz był tylko tłem dla fantastycznie latającego Polaka. Tysiące biało-czerwonych fanów zgromadzonych pod Letalnicą świętować mogło sukces, jednocześnie czekając na jego powtórzenie.

Pierwsza seria
Dzisiejsze zawody rozpoczął Robert Mateja. Polak nie przestaje zadziwiać. Na treningach w Planicy zajmował miejsca w czołówce, lecz w piątek nie zdołał zakwalifikować się do drugiej serii. W swojej pierwszej sobotniej próbie uzyskał jednak niezłe 191.5 metra, w późniejszym wywiadzie dla telewizyjnej “jedynki” określając skok jako najlepszy technicznie z dotychczas oddanych na Velikance.

Mateja dał kibicom zalążek nadziei na dalekie loty w konkursie. Następni zawodnicy spisywali się jednak nieco gorzej, nie przekraczając granicy punktu konstrukcyjnego skoczni, znajdującego się na 185. metrze. Dokonał tego dopiero Primoz Pikl (192 m), choć nie pozwoliło mu to wyprzedzić Polaka. Po chwili prowadzenie obejmowali jednak kolejno Andrea Morassi, Harri Olli i Antonin Hajek, który jako pierwszy pokonał odległość dwustu metrów.

Swoją miłość do obiektu w Planicy potwierdził jego rekordzista – Bjoern Einar Romoeren. Forma Norwega w niczym nie przypomina tej sprzed dwóch lat, kiedy to lądował na 239. metrze, lecz na Letalnicy podopieczny Miki Kojonkoskiego dobrze skacze niemal zawsze. W pierwszej serii osiągnął 207 metrów, obejmując przodownictwo w zawodach. Ponownie udanie zaprezentował się czwarty wczoraj Robert Kranjec (206.5 m).

Z osiemnastym numerem startowym na rozbiegu pojawił się Kamil Stoch. Niestety, młody zawodnik coraz rzadziej przekłada swoje olbrzymie ambicje na świetne wyniki. 177.5 metra i dalsza lokata była dla Polaka nie tyle rozczarowaniem, co wręcz powodem do wściekłości.

Nowym liderem konkursu został Jernej Damjan, któremu w piątek przypadło miejsce na najniższym stopniu podium. Niesiony dopingiem słoweńskich kibiców reprezentant gospodarzy uzyskał 209.5 metra. Jeszcze dalej pofrunął Tom Hilde (210.5 m), lecz zbyt duże rozluźnienie po wylądowaniu przypłacił upadkiem przed tzw. bezpieczną strefą, a sędziowie zmuszeni byli odjąć Norwegowi punkty.

Na swój skok czekali już jednak kolejni zawodnicy z kraju Wikingów. Jako pierwszy na belce startowej zasiadł będący ostatnio w wybornej dyspozycji Anders Bardal. Zwycięsca serii próbnej “posadził” narty na 206. metrze, plasując się w czołówce zawodów. Jeszcze lepiej spisał się natomiast Roar Ljoekelsoey. Znany na całym świecie z talentu do lotów Norweg w charakterystycznym dla siebie fantastycznym stylu osiągnął 211.5 metra i wyprzedził liderującego dotychczas Damjana.

Ljoekelsoeya szybko na prowadzeniu zmienił jednak Martin Koch. Austriak wykorzystał korzystne warunki i poleciał aż na odległość 215.5 metra. Poza granicą dwusetnego metra wylądowali także Finowie: Matti Hautamaeki (204 m) i Janne Ahonen (208.5 m). Wszyscy sympatycy skoków mają zapewne w pamięci ich doskonałe występy w Planicy przed dwoma sezonami, kiedy to zawzięcie toczyli walkę o rekord świata w długości lotu. Ostatecznie przypadł on Romoerenowi, lecz zmarnowanej szansy mógł żałować zwłaszcza Ahonen, który będąc wysoko nad ziemią zbyt wcześnie zdecydował się na lądowanie, upadając na 240. metrze.

Pierwsza seria wchodziła z czasem w decydującą fazę. Zaskakująco słabo wypadli Thomas Morgenstern i Andreas Kuettel, osiągając odpowiednio 198 i 193 metry. Oczekiwań Szwajcarów nie zawiódł znów Simon Ammann. 212.5 metra pozwoliło mu zająć miejsce wśród najlepszych.

Na górze pozostali już tylko dwaj bohaterzy obecnego sezonu. Anders Jacobsen wylądował na 209. metrze i potwierdził swoje chęci walki o Kryształową Kulę. Po chwili przy akompaniamencie tysięcy trąbek i krzyków Polaków w powietrzu był już Adam Małysz. Polak uzyskał 210.5 metra i choć ustąpić musiał pozycji czterem rywalom, to o nieco ponad punkt wyprzedzał siódmego Jacobsena.

Po pierwszej kolejce sobotniego konkursu w Planicy prowadził Austriak Martin Koch, wyprzedzając Norwega Roara Ljoekelsoeya i Szwajcara Simona Ammanna. Małysz tracił do lidera siedem i pół punktu.

Wśród finałowej trzydziestki znalazł się też Robert Mateja (23. lokata). W drugiej serii zabrakło zaś miejsca dla Kamila Stocha (36. miejsce).

Druga seria
Drugą serię niezłym skokiem na odległość 197.5 metra otworzył Francuz David Lazzaroni, który ostatnio coraz częściej puka do bram czołówki. Trzy metry dalej wylądował powracający powoli do skakania na wysokim poziomie Sigurd Pettersen. Po życiowym sukcesie, jakim niewątpliwie było zwycięstwo przed kilkoma laty w Turnieju Czterech Skoczni, Norweg zniknął z grona zawodników liczących się w walce o najwyższe cele, lecz Mika Kojonkoski powoli stara się odbudować regularną formę swojego podopiecznego.

Swój rekord życiowy poprawił Primoz Pikl, osiągając 208 metrów i obejmując prowadzenie w konkursie. Słabiej niż w pierwszej próbie wypadł Robert Mateja (189 m).

Drugą dziesiątkę rozpoczął zajmujący zaskakująco niską pozycję Andreas Kuettel. Szwajcar zaprezentował się z najjaśniejszej strony, dotychczasowych przeciwników deklasując 214-metrowym lotem.

Za niepowodzenie sprzed kilkudziesięciu minut zrehabilitował się także Thomas Morgenstern (210.5 m), choć tak on, jak i Kuettel nie mogą być w pełni usatysfakcjonowani z dzisiejszego występu na Letalnicy. Prowadzącą dwójkę rozdzielił Matti Hautameki. Rozczarowanie związane z Mistrzostwami Świata i brak błysku w końcówce cyklu, z czego słynął w ostatnich latach sprawiły, że obecnego sezonu Fin nie będzie mógł zaliczyć do udanych.

Nowym liderem konkursu został Robert Kranjec (214.5 m). Pomimo absolutnej klęski w trwającym Pucharze Świata, Słoweniec potwierdza olbrzymią chęć dobrego zaprezentowania się własnej publiczności w Planicy. Metr bliżej wylądował Austriak Andreas Kofler, lecz dzięki przewadze z pierwszej próby objął prowadzenie.

Nieźle spisali się Norwedzy Anders Bardal i Bjoern Einar Romoeren, uzyskując odpowiednio 212.5 i 206 metrów. Jeszcze lepiej spisał się siódmy od końca Anders Jacobsen. Najgroźniejszy rywal Adama Małysza w walce o Kryształową Kulę w świetnym stylu pofrunął na odległość 217 metrów i wysoko zawiesił poprzeczkę przed skoczkiem z Wisły.

Dla Polaka nie ma jednak rzeczy niemożliwych. Jeśli przed skokiem ktokolwiek wątpił w wyprzedzenie Jacobsena, Małysz szybko te wątpliwości rozwiał. 217.5 metra nie tylko było najlepszym rezultatem uzyskanym dziś na Velikance, lecz przede wszystkim kolejnym zwycięskim pojedynkiem z Norwegiem.

Polscy kibice zastanawiali się zapewne, czy cieszyć się będą mogli z kolejnego podium. Po chwili wszystko stało się jednak jasne. Swój skok kompletnie zepsuł Jernej Damjan, lądując tylko na 202. metrze. Gdy Małysza nie wyprzedził także Simon Ammann, co najmniej trzecie miejsce naszego Orła stało się faktem. Skoro apetyt rośnie w miarę jedzenia, to po gorszej próbie Roara Ljoekelsoeya (209 m) osiągnął on apogeum. O kolejności na “pudle” miał zadecydować pozostający na szczycie Martin Koch. Austriak nie wytrzymał jednak presji, wskakując jedynie na trzecią pozycję, a Adam Małysz mógł cieszyć się kolejnego triumfu w Planicy.

Odległe po pierwszej serii zwycięstwo z każdym skokiem zawodników z czołówki w drugiej przybliżało się coraz bardziej. Śmiem przypuszczać, że słów na opisanie wyczynu Polaka nie znaleźliby Zbigniew Herbert, Czesław Miłosz i Wisława Szymborska razem wzięci, więc ja nie będę nawet próbował.

Emocje na Letalnicy sięgnęły zenitu. Drugie miejsce na podium zajął nieoczekiwanie Anders Jacobsen, trzecia lokata przypadła Martinowi Kochowi.

Wydaje się, że nic nie jest już w stanie odebrać Małyszowi czwartej w karierze Kryształowej Kuli. W klasyfikacji generalnej Pucharu Świata przewaga Polaka nad drugim Norwegiem wynosi już 66 punktów. Mistrz z Wisły prowadzi także w klasyfikacji za konkursy w lotach narciarskich o 12 “oczek” wyprzedzając…Jacobsena. W niedzielę w Planicy szykuje się zatem wielkie polskie święto!

Końcowe wyniki konkursu na Letalnicy w Planicy:

1. Adam Małysz Polska 419.6 pkt

2. Anders Jacobsen Norwegia 417.7 pkt

3. Martin Koch Austria 417.4 pkt

4. Roar Ljoekelsoey Norwegia 415.1 pkt

5. Andreas Kofler Austria 412.4 pkt

6. Anders Bardal Norwegia 412.2 pkt

7. Robert Kranjec Słowenia 411.7 pkt

8. Simon Ammann Szwajcaria 409.8 pkt

9. Janne Ahonen Finlandia 404.6 pkt

10. Bjoern-Einar Romoeren Norwegia 403.1 pkt

27. Robert Mateja Polska 354.1 pkt

36. Kamil Stoch Polska 160.5 pkt

Małysz odniósł 37. zwycięstwo pucharowe w karierze i goni w klasyfikacji wszech czasów Mattiego Nykaenena, który triumfował 46-krotnie. Trzeci Niemiec Jens Weissflog ma na koncie 33 wygrane.

Autor artykułu: Krzysztof Baraniak

Źle się dzieje w warszawskiej Legii

Saturday, March 24th, 2007

Za ligowcami już trzy pierwsze spotkania w rundzie rewanżowej. Bardzo źle zaczęli mistrzowie Polski – Legia Warszawa.

Przed wznowieniem rozgrywek ligowych w kraju wszyscy w Legii zapowiadali walkę o obronę tytułu mistrzowskiego. Tymczasem w pierwszych trzech spotkaniach klub zdobył zaledwie jeden punkt, w spotkaniu z Cracovią po bezbramkowym remisie w Krakowie. Pozostałe dwa mecze stołeczny klub przegrał. Porażka 0:1, ze średnim Groclinem Dyskobolią u siebie, a także klęska 0:3 z Bełchatowem.

Dobre sparingi

„Wojskowi” w sparingach przygotowawczych prezentowali się całkiem przyzwoicie. Ich rywalami były zarówno drużyny zagraniczne oraz polskie. Sparingi w kraju legioniści grali z Kolporterem Koroną Kielce i Świtem Nowy Dwór Mazowiecki. Z tymi pierwszymi zremisowali bezbramkowo, natomiast z czwartoligową drużyną wygrali 2:0.

Również w spotkaniach z zespołami zagranicznymi legioniści nie zawodzili. Przegrali tylko z wiedeńską Austrią 0:1 (z którą również nie dali sobie rady w Pucharze UEFA). Poza tym zwycięsko wyszli z pojedynków z: Leskim Sofia (2:0), Steauą Bukareszt (1:0) oraz z AC Horsens. Remis 1:1 odnotowali ze Spartą Praga.

Najskuteczniejszymi graczami drużyny w zimowej przerwie byli: Dawid Janczyk- zdobywca trzech bramek, a także Maciej Korzym – strzelec dwóch goli. Jedno trafienie dorzucił także Piotr Włodarczyk. O sile linii ataku stanowili piłkarze młodego pokolenia.

Janczyk ma 20 lat, a Korzym jest od niego rok młodszy. Co łączy tych dwóch chłopaków ? Obydwoje są wychowankami Sandecji Nowy Sącz.

Nie ma kto strzelać

Nie od dziś wiadomo, że najsłabszą farmacją Legi na boisku jest atak. Nawet w poprzednim sezonie kiedy zdobywała ona mistrzostwo napastnicy nie zachwycali skutecznością. Teraz Wdowczyk chcąc zlikwidować ten problem, na Łazienkowską, ściągnął Bartłomieja Grzelaka.

Zawodnik kosztował warszawian, aż 600 tysięcy euro. Miał strzelać bramki, ale nie robi tego. W meczach kontrolnych nie wpisał się ani razu na listę strzelców. Podobnie w ekstraklasie. Jedynym wytłumaczeniem dla 26-letniego piłkarza może być to, że „Wdowiec” nie widzi go w wyjściowej jedenastce.

W dotychczasowych trzech kolejkach ligowych Grzelak wystąpił w dwóch meczach, ale dopiero po wejściu z ławki. A w ostatnich zawodach – cały mecz przesiedział wśród rezerwowych.

Wspomniany duet atakujących Korzym-Janczyk także nie zdobywa bramek. Kibiców nie zachwyca też Włodarczyk. W rundzie wiosennej Orange Ekstraklasy legioniści strzelili tylko jedną bramkę, zdobył ją obrońca – Hugo.

Wdowczyk tylko do końca sezonu?

Legia nie przypomina drużyny sprzed roku. “Stołeczni” potrafili wygrać wtedy z Groclinem Dyskobolią 4:0, z GKSem 1:0, czy 5:0 z Cracovią. Wszyscy w Polsce zachwycali się stołecznymi piłkarzami.
A teraz? W prasie znaleźć można słowa krytyki pod adresem Wdowczyka i jego podopiecznych. Media szukają już następcy dla szkoleniowca mistrzów Polski. Spekuluje się o: Pawle Janasie, Wojciechu Stawowym, Ryszardzie Wieczorku, Janie Urbanie, czy Mirosławie Trzeciaku.

Ostatni z wymienionych pełni w Warszawie funkcje dyrektora sportowego. Jednak obecny opiekun „wojskowych” może spać spokojnie, bowiem w kontrakcie ma zapisane, że nie może zostać zwolniony w czasie sezonu. Poza tym Wdowczyk posiada olbrzymie zaufanie właściciela klubu.

Autor artykułu: Darek Kmieciński

Jak wyglądało wieszanie?

Friday, March 16th, 2007

“Wieszanie” Jarosława Marka Rymkiewicza to książka dla miłośników historii, którzy lubią i chcą wiedzieć jak wyglądało życie naszych przodków.

Książka mówi o wydarzeniach w Warszawie między połową kwietnia a początkiem listopada 1794 roku. Są w niej też informacje o tym, co działo się równolegle w Wilnie i w Krakowie. Dlaczego ? Autor zaznacza, iż umieszcza te historie dla porównania i przykładu, gdyż bez ogólniejszego rysu niewprawiony czytelnik mógłby nie zrozumieć niektórych związków.

Książka nie zawiera wszystkich wydarzeń z okresu kwietnia i listopada 1794 roku. Już sam tytuł – “Wieszanie” zdradza zawartość tej pozycji. Tematem książki są wydarzenia wiążące się z wieszaniem na szubienicy. Krótko mówiąc są w tej książce opisy legalnych i nielegalnych wyroków śmierci – wydawanych czasami przez sąd, a czasem spontanicznie przez lud Warszawy.

Jak wieszano biskupa Józefa Kossakowskiego? Rymkiewicz docierając do wszelkich istniejących źródeł, z lekarską precyzją opowiada ostatnie chwile życia biskupa. Ubrany w brudną bieliznę, próbuje jeszcze uratować się przed karą śmierci, chcąc ukryć się w kościele. Święcenia kapłańskie odbierają mu cegłą, a biskup płaci katowi “potrójnego złotego”, aby egzekucja była szybka i skuteczna. Nawiasem mówiąc we wszystkich opisach takich egzekucji pojawia się motyw zapłaty oprawcy. Przyjął się on z niedobrze wykonanej egzekucji króla Francji Ludwika XVI, który nietrafiony w kark stracił część twarzy i umierał w strasznych mękach.

Autor przedstawia nam także specjalistę od spraw egzekucji – kata. Był nim Stefan Bohm, który uczył się długo swojego fachu i znał się na nim doskonale. Zarabiał dobrze bo praca, jaką wykonywał, była odpowiedzialna. Rymkiewicz pokazuje, że ówcześni podziwiali i poważali go ze względu na zasady i prawo, którego kat przestrzegał.

Po książkach Rymkiewicza o Mickiewiczu i Słowackim, “Wieszanie” jest potwierdzeniem jego umiejętności historyczno-pisarskich. Polecam. A dla tych, którym za mało będzie materiału historycznego, autor umieszcza wykaz źródeł, z których korzystał i gdzie można znaleźć więcej.

Jarosław Marek Rymkiewicz
“Wieszanie”
wydawnictwo SIC!
2007

Autor artykułu: Tomasz Albecki

Warszawskie Muzeum Techniki. Wystawa, której nie ma

Friday, March 16th, 2007

Warszawskie Muzeum Techniki, niegdyś perełka i jedna z największych atrakcji turystycznych miasta, dziś organizuje wystawy, które parę dni po uroczystym otwarciu świecą pustkami. Nieliczna publiczność może oglądać puste boksy.

Piotr Zarzycki, komisarz wystawy Polskie Wynalazki 2006, skarży się na niedofinansowanie i opowiada o nastrojach rodzimych wynalazców. Nieopodal Muzeum Techniki mieszczącego się w Pałacu Kultury i Nauki planowana jest budowa nowego obiektu, Muzeum Sztuki Współczesnej, który ma być wizytówką miasta. Ciekawe, czy nowe muzeum będzie również czynne od godziny 8.30 do 16.30 i jak szybko przestaną się nim interesować władze miasta i Ministerstwo Kultury.

Zobacz: materiał filmowy

Autor artykułu: Tomek Saliński

Artur Boruc otwiera listę życzeń Bayernu Monachium

Thursday, March 15th, 2007

Miał być Londyn, potem Mediolan, teraz mówi się o Monachium. Czy numer jeden polskiej bramki przejdzie do mistrza Niemiec?

Milan interesował się Arturem, jednak kiedy „rossoneri” podpisali umowę z brazylijczykiem Didą, wiadomym było, że Polaka tam nie będzie. Jak poinformował szkocki dziennik „Daily Record”, trener bramkarzy Bayernu Sepp Maier, umieścił Boruca na pierwszym miejscu listy życzeń Bayernu na kolejny sezon. Jednak o tym czy zagra na boiskach Niemiec nie zdecyduje nasz bramkarz tylko dotychczasowa gwiazda bramki na Stadionie Olimpijskim Oliver Kahn.

Kahn ma ważny kontrakt do końca 2008 roku i nie podjął jeszcze decyzji czy powiesi buty na kołku czy jeszcze bedzie nas raczył swoimi fenomenalnymi paradami. Mało prawdopodobne bowiem, by bramkarz klasy Boruca pogodził się z rola rezerwowego.

Jedno jest pewne – Oliver ma lata świetności juz za sobą. Forma którą obecnie prezentuje jest bardzo różna i jego czas się kończy. Boruc ma z “koniczynkami” ważny kontrakt do końca 2009, i Gordon Strachan nie puści Polaka za małe pieniadze.

Autor artykułu: Dariusz Witkowski

Czy Polska to kraj zmarnowanych talentów sportowych?

Tuesday, March 6th, 2007

Być może sukcesy naszych sportowców przesłaniają nam ogólny marazm i kryzys szkolenia w polskim sporcie.

Fatalny występ Roberta Matei w Sapporo nie tylko pogrzebał nasze szanse na medal, ukazał też być może coś znacznie ważniejszego. Brak medalu w drużynie na kolejnych mistrzostwach świata kibice przełkną, bo już wiele porażek mieli okazję oglądać. Chodzi o coś znacznie poważniejszego, o syndrom sportowca niespełnionego.

Takim sportowcem niespełnionym bez wątpienia jest Mateja. Miał przecież szansę być skoczkiem może nie na miarę Adama Małysza, ale przynajmniej na poziomie skaczącego na przyzwoitym europejskim poziomie i w miarę regularnie. Dziś można śmiało stwierdzić, że talent Matei został zmarnowany.

Kibice skoków pamiętają również inny polski talent w polskim skakaniu – Mateusza Rutkowskiego. Ten młodzian pod okiem trenera Heinza Kuttina zdobył mistrzostwo świata juniorów. Wygrał walkę o medal z Thomasem Morgensternem, który dziś robi furorę na skoczniach całego świata. A gdzie jest Rutkowski? Niestety, ten wciąż bardzo młody sportowiec przegrał ważną (być może najważniejszą) walkę z samym sobą, przegrał walkę ze swoją psychiką i mentalnością. Formę zgubił już dawno, wypadł z kadry, znalazł się na sportowym dnie. Jest młody, ma szansę jeszcze coś zdobyć, ale czy zdoła się podnieść? Przy okazji warto wspomnieć, że przecież Adam Małysz był w pewnym momencie bliski przedwczesnego zakończenia kariery. Wtedy stało się inaczej, a potem nastał czas wielkich jego sukcesów. Lepiej nawet nie gdybać, co by było, gdyby Małysz zerwał ze sportem.

Niedawno media opisywały historię Agaty Wróbel, która segregowała śmieci. Medalistka olimpijska z Aten zamiast intensywnie trenować, bo igrzyska w Pekinie już za rok, zajmowała się śmieciami. Smutne jest to, że nikt Agacie nie pomagał. Nikogo nie było przy niej, kiedy pomoc była jej najbardziej potrzebna. Czy to kolejny zmarnowany talent? Czy Agata wróci do sportu? Nikt na to pytanie nie umie dziś odpowiedzieć.

Czy Polska jest krajem zmarnowanych talentów sportowych? Śmiało można sporządzić listę sportowców, którzy roztrwonili (nierzadko nie z własnej winy) ogromny czasem potencjał i listę tę można dowolnie rozszerzać. Choćby o piłkarzy, którzy w 1992 zdobyli srebrny medal w Barcelonie. Dziś większość z nich zakończyła karierę, a nieliczni zarabiają jeszcze na piłkarską emeryturę w 2. lidze niemieckiej. Był wśród nich wyjątkowo zdolny piłkarz Wojciech Kowalczyk, który jako piłkarz mógł sięgać po europejskie puchary. Niestety, wolał sięgać po puchary, ale wypełnione napojami wyskokowymi. Roztrwonił swój talent skutecznie. Dziś zajmuje się komentowaniem meczów dla jednej ze stacji telewizyjnych, co czyni z dużą dozą sarkazmu.

Na boiskach Polski biegają piłkarze, których ktoś kiedyś okrzyknął talentami. Lata płyną, a 28-letni dziś Arkadiusz Głowacki wciąż uchodzi za młody talent polskiej piłki. Kiedy jako 23-latek zadebiutował w reprezentacji, a potem grał na koreańsko-japońskim Mundialu, wydawało się, że będzie ostoją polskiej obrony w następnych latach. Stało się inaczej i mało potrafi powiedzieć, dlaczego tak się stało. Kolegą z drużyny Głowackiego jest Paweł Brożek, ten uzdolniony 24-letni piłkarz Wisły Kraków wciąż budzi nadzieję kibiców, trenerów i komentatorów. Przez ile kolejnych lat wciąż będzie uznawany za młody talent?

Smutne to wszystko. Można dla kontrastu pokazać mnóstwo sportowców w Polsce, którzy sukces odnieśli. Można też na pocieszenie wskazać mnóstwo talentów zza miedzy, którzy mieli potencjał i na tym się skończyło. Nikt nie prowadzi statystyk sportowców niespełnionych, bo i samo niespełnienie wydaje się niewymierne. Może w Polsce zaniedbuje się trening mentalny? Dlaczego Beenhakker potrafił sprawić, że przeciętni polscy piłkarze nagle zaczęli błyszczeć i od razu zostali kupieni przez liczące się w Europie kluby? Czy holenderski trener jest czarodziejem, czy zastosował nowatorskie metody? A może po prostu dał tym piłkarzom coś, czego wcześniej nie mieli? Trudne to pytania, ale warte odpowiedzi.

Polska krajem zmarnowanych talentów? Takie stwierdzenie byłoby pewnie nadużyciem, a zbyt wiele jest przykładów na to, że można w Polsce osiągnąć sukces (nie tylko sportowy). To nie znaczy jednak, że nie można wychować więcej sportowców na miarę medali wielkich imprez. Być może sukcesy naszych sportowców przesłaniają nam ogólny marazm i kryzys szkolenia w polskim sporcie. Cieszmy się tym, co mamy, ale nie zapominajmy o tym, że wielką wartością jest w tłumie znaleźć odpowiedniego człowieka i dać mu szansę. Później tylko trzeba pozwolić mu ją wykorzystać.

Autor artykułu: Przemysław Walczak

Tomasz Lipiec zapowiada dalszą walkę z korupcją w polskiej piłce

Tuesday, March 6th, 2007

W poniedziałek minister sportu wycofał kuratora z Polskiego Związku Piłki Nożnej. To efekt porozumienia z Międzynarodową Federacją Piłkarską. Mimo tego Ministerstwo Sportu nadal prowadzi postępowanie o zawieszeniu władz PZPN – poinformowała Katarzyna Doraczyńska, rzecznik prasowy Ministerstwo Sportu.

– Dzisiaj podjąłem decyzje o zdjęciu rygoru natychmiastowej wykonalności, co automatycznie oznacza wycofanie kuratora z PZPN. Mogłem ją podjąć ponieważ wygasły przesłanki, które leżały u podstaw wprowadzenia kuratora. Nowy wydział dyscypliny podjął dynamiczne działania antykorupcyjne. W ciągu kilku tygodni zrobił to czego nie udało się zrobić władzom PZPN przez kilkanaście miesięcy. Walka z korupcją to jest nasz główny cel. Podjęte przez Wydział Dyscypliny działania będą kontynuowane – zapowiedział Tomasz
Lipiec.

Marcin Wojcieszak, który do tej pory był kuratorem, nadal będzie nadzorował władze PZPN. Ministerialny urzędnik będzie miał przy tym znaczący wpływ na decyzje Związku. Dodatkowo Ministerstwo chce powołania Komisji Obserwatorów, która będzie pracowała nad przygotowaniem Nadzwyczajnego Zjazdu Statutowego i Nadzwyczajnego Zjazdu Wyborczego z PZPN.

Autor artykułu: Przemysław Trubalski

Dyskryminacja płci w sporcie?

Monday, March 5th, 2007

Od pewnego czasu wiele środowisk związanych ze sportem postuluje zrównanie płac wśród sportowców obojga płci. Czy niższe płace kobiet w sporcie to rzeczywiście dyskryminacja?

Wysokość płac w realiach wolnorynkowych jest uzależniona od wielu czynników, najbardziej decydujące jest ponoć prawo popytu i podaży. Jako umysł humanistyczny boję się zresztą napisać cokolwiek więcej.

Pojawiły się całkiem niedawno postulaty, aby zrównać wysokość zarobków wśród sportowców płci obojga. Postulat piękny i wielkoduszny. Po emancypacji kobiet, także w dziedzinie sportu nadszedł czas na sprawiedliwy podział zysków?

Cała dyskusja rozpoczęła się od tenisa ziemnego, gdzie wiele zawodniczek zgłaszało chęć otrzymania podwyżki (w ramach zrównania wysokości uposażenia). Postulat o tyle słuszny, co całkiem, niestety bezzasadny. Dlaczego? We współczesnym sporcie o wysokości zarobków decydują względy stricte marketingowe. Ponieważ sport w wykonaniu mężczyzn jest z reguły popularniejszy (bo przyciąga większą rzeszę kibiców), a co za tym idzie, bardziej prestiżowy, tak więc tak długo sportowiec płci męskiej będzie otrzymywał wyższe premie, jak długo sport w wykonaniu mężczyzn będzie cieszył się większym zainteresowaniem. Pomijam już fakt, że pewnie większość kibiców sportowych to zapewne mężczyźni, więc to oni nakręcają sportową koniunkturę.

O ile więc w przypadku tenisa takie zrównanie popularności wydania żeńskiego i męskiego może nastąpić, choć przecież nikogo nie da się zmusić do zainteresowania tenisem kobiecym (lub męskim), to już w sportach “typowo męskich”, np. w piłce nożnej będzie to znacznie trudniejsze, o ile w ogóle możliwe. Co mają robić biedne piłkarki nożne, które są w cieniu sławnych mężczyzn-piłkarzy? Mają wysuwać żądania wobec klubów i federacji, by dostawać tyle pieniędzy, co Beckham i Ronaldinho? Żądania mogą wysuwać, ale wątpię, by były zaspokojone. Prawo marketingu jest silniejsze.

Warto też pamiętać, że sportowcy w różnych dyscyplinach sportu mają różne zarobki. Najwięcej zarabiają kierowcy wyścigowi, golfiści, tenisiści, koszykarze w NBA, piłkarze w najlepszych lig europejskich, hokeiści w NHL… A co z resztą? Cała reszta zarabia już zdecydowanie mniej. Czy nie są dyskryminowani? Adam Małysz, pięciokrotny medalista mistrzostw świata, jeden z najlepszych skoczków narciarskich w historii, najprawdopodobniej nigdy nie zarobi tyle, co przeciętny kopacz piłkarskiej reprezentacji Polski, która błąka się w okolicach 30. miejsca w rankingu FIFA. Dlaczego? Bo to mniej popularna dyscyplina od piłki nożnej.

Mniejsza popularność oznacza mniej sponsorów, mniejsze nakłady na infrastrukturę itd., a co za tym idzie – mniejsze zarobki. Wielkie kluby piłkarskie w Europie zarabiają najwięcej na prawach telewizyjnych. Dlatego najlepsi piłkarze mogą zarabiać po 6-7 milionów euro rocznie (+ premie i konktrakty reklamowe). Tymczasem wybitny skoczek narciarski znacznie mniej (choć po swoistym boomie na skoki narciarskie w Polsce, całkiem nieżle). Kobiety uprawiające zawodowo sport zarabiają jeszcze mniej. Im mniej popularna dyscyplina, tym mniejsze zyski. Kto wie, że Polska jest mistrzem świata w lotnictwie precyzyjnym? Mało kto w ogóle zdaje sobie sprawę z istnienia takiej dyscypliny sportu. Gdzieś na końcu tej drabiny płac i popularności znajduje się pewnie jakaś dyscyplina sportu, trudno nawet dociec jaka.

Sprawiedliwy podział dóbr w sporcie nie istnieje. Najwięcej biorą najwięksi i najpopularniejsi, małym zostają okruchy z pańskiego stołu. Kobiety dostają mniej niż mężczyźni, skoczkowie narciarscy mniej od piłkarzy, uprawiający gimastykę artystyczną mniej od uprawiających narciarstwo klasyczne. Czy to sprawiedliwe, że zwycięzcy biorą wszystko? Prawa sportu są piękne, ale dość bezwględne – zwyciężają tylko nieliczni.

Autor artykułu: Przemysław Walczak