Archive for August, 2002

Pożar w „szlifierkach”

Friday, August 30th, 2002

Kłęby gęstego dymu buchnęły wczoraj nagle około godz. 16.00 z zakładu szlifierek przy Wólczańskiej. Słup ognia widać było wysoko na niebie. W zakładzie jeszcze znajdowali się pracownicy. Na szczęście nikomu nic się nie stało.

To wyglądało tak, jakby ktoś podpalił – mówi mieszkanka kamienicy, stojącej w pobliżu zakładu. – Nic się nie działo i nagle wielki dym. Baliśmy się, że pożar zaraz dojdzie do naszego domu. Sąsiadka natychmiast wezwała straż pożarną.

Opuszczający zakład pracownik miał okopconą twarz i ubranie:

– Nie mam pojęcia, co się stało. Byłem w pracy i nagle widzę, że się pali… – mówił zdziwiony.

Na miejscu błyskawicznie pojawiła się policja, inżynier miasta, pogotowie.

Strażacy szybko poradzili sobie z ogniem. Ustalili też jego przyczynę.

– Na dachu budynku prowadzone były prace remontowe – mówi starszy kapitan Tomasz Sęk, oficer dowodzący akcją. – Doszło do zaprószenia ognia. Zapaliły się wszystkie palne materiały.

– Pracownicy mieli szczęście, bo paliła się papa, a strop był betonowy – powiedział Jan Wieczorek z dyspozycji Inżyniera Miasta.

Autor artykułu: (mgr)

Biura nie odwołują wycieczek do Izraela

Friday, August 30th, 2002

Chociaż Ministerstwo Spraw Zagranicznych w wydanym przez siebie informatorze przestrzega przed wyjazdami do Izraela, niektóre biura podróży wciąż wysyłają tam turystów.

– Non stop jeżdżą tam grupy organizowane przez biura pielgrzymkowe – niepokoi się Jacek Rybski, prezes Izby Turystyki Ziemi Łódzkiej. – Tymczasem takie kraje jak Izrael są nieobliczalne: nigdy nie wiadomo, co nas może w nich spotkać.

– Wojna w Izraelu trwa od wielu lat – tłumaczy pracownik jednego z biur, które nie zaprzestało organizowania pielgrzymek do Ziemi Świętej. – A wycieczki jeździły bez przerwy i żadnemu polskiemu turyście nigdy się tam nic nie stało. Będziemy organizować wyjazdy tak długo, dopóki będą chętni. A ich nie brakuje…

Łodzian nigdy nie odstraszały konflikty zbrojne ani inne niebezpieczne zdarzenia: jeździli do Egiptu tuż po masakrze, jaką zgotowali turystom w Luksorze terroryści islamscy, nie brakowało chętnych na wyprawy do Turcji i Grecji po trzęsieniach ziemi.

– Nie można dać się zwariować – uważa Anna Majer, specjalistka ds turystyki. – MSZ wymienia głównie Jerozolimę i Tel Awiw. Poza tym nasi piloci i miejscowe władze bardzo dbają, by nikomu z gości nic się nie stało.

Autor artykułu: (mgr)

Zniknął prezes i przychodnia

Friday, August 30th, 2002

4 tysiące pacjentów z Żubardzia od poniedziałku nie będzie mogło leczyć się swojej przychodni. Firma „Medicus” Sp. z o.o musi opuścić lokal przy ul. Żubardzkiej 4, bo od wielu miesięcy nie płaci czynszu. Przerażeni są zarówno pacjenci, jak i pracownicy spółki, którzy nie dostają pensji i nie mają kontaktu z właścicielem.

Wczoraj mieszkańcy Żubardzia przed drzwiami przychodni komentowali wywieszone przez spółdzielnię zawiadomienie.

– Z dnia na dzień tracimy lekarza – mówiła zdenerwowana Halina Walczak. – Jestem cukrzykiem i muszę mieć przedłużone leki. Gdzie teraz mam pójść?

Pelagia Litwin przyszła po skierowanie na badanie: – Jeśli lekarz go nie wypisze, będę musiała sama za nie zapłacić – mówi zaniepokojona.

Spółka „Medicus” zaczęła działać w budynku przy ul. Żubardzkiej w 2000 roku. W Łodzi prowadzi jeszcze przychodnie przy ul. Aleksandrowskiej i Trenknera.

Do trzech poradni „Medicusa” zapisanych jest około 8 tys. pacjentów, na leczenie których spółka ma podpisaną umowę z Łódzką Regionalną Kasą Chorych. Właścicielem poradni do niedawna był Paweł G.

– Od połowy ubiegłego roku nie płacił za nas składki ZUS-owskiej, a od maja zalegał z wypłatą pensji – mówi pracownica poradni przy ul. Żubardzkiej. – Pod koniec lipca przyprowadził dwóch mężczyzn, którym rzekomo sprzedał firmę. Nowi szefowie byli u nas ostatnio dwa tygodnie temu. Potem przestali odbierać telefony.

Roman Biernacki, kierownik działu technicznego administracji spółdzielni mieszkaniowej, przyznaje, że właściciel spółki jest winien ok. 90 tys. zł. Sprawę skierował do sądu.

– Prezes trzykrotnie na spotkaniu z Radą Nadzorczą zobowiązywał się, że spłaci co najmniej 3 raty – mówi kierownik. – Nie zapłacił ani grosza. W lipcu przedstawił nam dwóch panów, którzy rzekomo mają być nowymi szefami „Medicusa”. Ponieważ nie potrafili tego faktu udokumentować, poprosiliśmy, aby dostarczyli odpowiednie dokumenty. Więcej się nie pojawili.

Kierownictwo spółdzielni szuka spółki medycznej, która mogłaby przejąć pomieszczenia po „Medicusie” i otworzyć w nich gabinety lekarskie. Na razie jednak nikt nie wie, kiedy w przychodni ponownie zaczną pracować lekarze.

Wczoraj udało się nam dodzwonić na komórkę jednego z nowych szefów. Osoba przedstawiająca się jako „kierowca pana prezesa”, gdy tylko usłyszała, że dzwonimy z redakcji wyłączyła telefon. Komórkę drugiego z prezesów odebrał jego pełnomocnik, który na temat przychodni wypowiadać się nie chciał.

Zbigniew Solarz, rzecznik Łódzkiej Regionalnej Kasy Chorych, przyznaje, że w środę o godz.16 do Kasy wpłynęło pismo od spółdzielni informujące o wypowiedzeniu „Medicusowi” umowy najmu. Teraz Kasa Chorych wyjaśnia czy spółka prawidłowo realizowała podpisaną umowę na leczenie pacjentów.

– Pacjent ma prawo wyboru lekarza – przypomina Zbigniew Solarz. – Na Żubardziu jest kilkadziesiąt gabinetów lekarza rodzinnego, którzy mają podpisane umowy z kasą. Pacjenci w każdej chwili mogą się do nich przepisać.

Autor artykułu: (lb)

Śladami Diany

Wednesday, August 28th, 2002

Wielu łódzkich turystów wyrusza do Paryża, żeby zobaczyć miejsce, w którym zginęła księżna Diana. W sobotę mija bowiem 5. rocznica jej śmierci w wypadku w tunelu L’Alma. Choć biura podróży nie organizują oficjalnych wycieczek „śladami ostatnich godzin Diany”, to piloci przyznają, że będą tam prowadzić turystów.

– Odwiedzanie miejsc, związanych z legendą Lady Di to dodatkowy punkt programu, na życzenie grupy – mówi Małgorzata Dzierżawa, pracownica, a zarazem pilotka łódzkiego biura podróży przy ul. Piotrkowskiej.

Najwięcej chętnych pojedzie do Paryża z jednym z warszawskich biur, które specjalizuje się w organizowaniu wycieczek do Francji. Jego imprezy są sprzedawane także w łódzkich agencjach turystycznych.

– W programie przewidziany jest przejazd tunelem, w którym zginęła Diana – mówi Joanna Urbaniak, pracownica biura, organizującego eskapady do Paryża (tygodniowo firma, w której pracuje wysyła 2–3 autokary w tamtym kierunku).

– Niestety, chętni nie mogą wysiąść z autokaru, gdyż samochodom nie wolno się tam zatrzymywać. Kto będzie chciał, może złożyć kwiaty na górze tunelu. Od pięciu lat ludzie wciąż kładą tam wiązanki.

Nasi piloci prowadzą też wycieczki do hotelu „Ritz”, gdzie Diana spędziła ostatnie dni życia. Hotel położony przy placu Vendome turyści oglądają z zewnątrz, a potem idą do położonego po przeciwległej stronie ulicy domu Fryderyka Chopina.
Niektórzy piloci prowadzą też gości do jubilera, u którego Dodi Al Fayed miał kupić Dianie zaręczynowy pierścionek.

Przeciętna wycieczka do Paryża kosztuje ok. 1000 zł, ale chętnych nie brakuje. Podobnie jest z imprezami do Anglii. Zresztą Anglicy sami szykują się, by w piątą rocznicę śmierci księżnej przyciągnąć do Londynu turystów.

– W Buckingham Palace i Windsorze będą udostępnione do zwiedzania komnaty, w których bywała Diana – mówi Elżbieta Milwicz, pracownica działu zagranicznego biura podróży przy ul. Piotrkowskiej. – Powstanie również wystawa jej poświęcona. Nasi piloci są już przygotowani, że będą tam prowadzić turystów.

Psycholog Renata Karolewska: – Miejsca tragicznych zdarzeń zawsze przyciągały turystów. Taka tendencja występuje na całym świecie. To zresztą leży w ludzkiej naturze – lubimy się bać, dlatego oglądamy horrory, skaczemy na linie.

Autor artykułu: magdalena grochowalska

Nie zgodził się pozować nago dla „Playboya”

Wednesday, August 28th, 2002

Jurek Kulicki z Pabianic pozował do męskiego miesięcznika „Playboy”. Zdjęcia całkiem… ubranego strażaka wykonano w podwarszawskiej wsi.

Wcześniej pabianiczanin dał się poznać telewidzom, występując w drugiej edycji programu „Big Brother”.
Kulicki mimo nalegań ekipy „Playboya” nie wziął udziału w rozbieranych zdjęciach z popularną „Frytką”,czyli Agnieszką Frykowską z Łodzi (również byłą mieszkanką domu „Big Brother” w innej edycji).

Zdjęcia trwały dwa dni, a na każde ujęcie fotografik wykorzystał około 150 zdjęć. W miesięczniku znalazło się kilka najlepszych.

– Uważam, że podawanie wszystkiego na tacy nie jest dobre – mówi Kulicki. – Poza tym żona prosiła, żebym nie brał udziału w tego typu sesjach. Są piaski, na które nie wchodzę, bo można z nich nie wyjść.

Sztab profesjonalnych fotografików i stylistów chciał, aby zdjęcia nagiej łodzianki były okraszone nagim torsem pabianiczanina. W rezultacie popularna „Frytka” rozebrała się sama. Pan Jerzy też pozował, ale w ubraniu i znalazł się na innych stronach miesięcznika.

Pytania o sumę, za jaką pabianiczanin zgodził się pozować w ubraniach renomowanej amerykańskiej firmy produkującej męską odzież, głównie dżinsową, Kulicki zbywa krótko:

– Suma jest zadowalająca, całkiem przyzwoita i nie powiem czy wystarczy na duże zakupy, czy na wyjazd zagraniczny – ucina spekulacje.

Kulicki postanowił kontynuować współpracę z „dżinsową” firmą. Bardziej niż pozowanie w roli modela interesuje go współpraca z pozycji pracownika firmy, na przykład działu reklamy.

Autor artykułu: (aga)

Przylatuje Hermes

Tuesday, August 27th, 2002

Na dzisiejszym popołudniowym treningu Widzewa pojawić się ma nowy piłkarz. Z Ituano FC przylatuje brazylijski pomocnik o przydomku Hermes. Nie jest już natomiast aktualna propozycja przejścia do łódzkiego pierwszoligowca b. gracza ŁKS, ostatnio włoskiego trzecioligowca Genua FC Piotra Matysa.

Trener Franciszek Smuda uznał, że w drużynie jest wystarczająco napastników. Dużo większa korzyść będzie z Hermesa. To czwarty po Batacie, Monteiro i Giuliano Brazylijczyk w Widzewie. Niewiele brakowało, a do Łodzi trafiłby kolejny piłkarz z kraju mistrzów świata. Niestety, będący w kręgu zainteresowań łódzkich działaczy brazylijski stoper z Gremio Porto Alegre wybrał ofertę drużyny z Portugalii. Musiał zatem prezentować nietuzinkowe umiejętności.

Po przykrym występie w Płocku piłkarze Widzewa mieli w niedzielę odnowę biologiczną, a wczoraj – zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami – mieli wolne. Do następnego ligowego meczu z Amiką Wronki na własnym boisku pozostało wyjątkowo dużo czasu. Spotkanie z drużyną kuchenek odbędzie się na stadionie przy al. Piłsudskiego dopiero we wtorek 3 września o godz. 19. Później łodzian czeka wyjazd na zgrupowanie do Niemiec, a po przerwie dla reprezentacji 14 września Widzew rozegra kolejny ligowy mecz u siebie z Lechem Poznań. Trzy dni wcześniej 11 września Widzew zainauguruje występy w Pucharze Polski wyjazdowym meczem ze zwycięzcą spotkania 1/32 finału Lewart Lubartów – Jagiellonia Białystok.

Na dziś zaplanowano także analizę przegranego meczu z Wisłą Płock. Kasetę z tego spotkania łódzcy piłkarze powinni oglądać kilka razy, by wyciągnąć wnioski. Przez 88 minut grali bardzo dobrze, by w ciągu 60 sekund stracić całą przewagę. Jeśli w następnych meczach przez całe 90 minut widzewiacy grać będą tak, jak przez nieco krócej w Płocku, żadna drużyna nie wydrze im zwycięstwa. Nie można rozdzierać szat po porażce z Wisłą. Do końca sezonu jeszcze wiele meczów.

Na pewno pozytywne jest to, że forma widzewiaków rośnie. Nikt, łącznie z mającym kłopoty w końcówce meczu w Płocku Piotrem Włodarczykiem, nie narzeka na kontuzję.

Autor artykułu: (dk)

Roboty zaskoczyły urlopowiczów

Monday, August 26th, 2002

Łodzianie wracający z urlopów zastają na drogach w mieście plac budowy: rozkopane jezdnie, zerwane nawierzchnie, objazdy, zakazy, nakazy, wykopy, zmiany w organizacji ruchu, itp. Kierowcy są zdezorientowani, bo drogowcy pracują w kilkunastu punktach jednocześnie.

Są miejsca, gdzie roboty wyjątkowo dokuczają zmotoryzowanym. Tak jest m.in. na skrzyżowaniu ul. Zgierskiej, al. Sikorskiego i al. Włókniarzy.

– To jedna z poważniejszych modernizacji – usłyszeliśmy w Wydziale Dróg Urzędu Miasta. – Prace prowadzone są etapami, dlatego organizacja ruchu na tym skrzyżowaniu będzie co jakiś czas zmieniana. Pod koniec października, gdy planowo zakończymy prace, będzie tutaj rondo.

Teraz ruch odbywa się zgodnie z przebiegiem drogi krajowej numer 1. Od strony miasta ulicą Zgierską można dojechać tylko do ul. Bema, a al. Sikorskiego do ulicy Helińskiego. Objazd od strony centrum wyznaczono ul. Pojezierską do al. Włókniarzy.

– Kierowcy muszą uzbroić się w cierpliwość. By po Łodzi jeździło się lepiej, trzeba przeprowadzić niezbędne modernizacje. Innej rady po prostu nie ma – dodają drogowcy.

Oto miejsca, w których kierowcy muszą szczególnie uważać:

- Na skrzyżowaniu ulic Przybyszewskiego i Łęczyckiej, gdzie instalowana jest sygnalizacja świetlna. Tu kierowcy muszą być przygotowani na zwężenia jezdni. Ponadto na jezdni powstały już wysepki tramwajowe.
Prace w tym rejonie potrwają do końca sierpnia. Prawdopodobne uruchomienie sygnalizacji na skrzyżowaniu nastąpi w pierwszych dniach września.

- Na ulicy Zgierskiej na odcinku pl. Kościelny – ul. Flisacka. Zamknięta dla ruchu jest ulica Zgierska od pl. Kościelnego do ul. Zachodniej wraz ze skrzyżowaniami: Zgierska/Limanowskiego/ Zawiszy Czarnego oraz Bałucki Rynek. W najbliższych dniach drogowcy zamkną fragment ulicy Zawiszy. Przewidywany koniec prac w tym rejonie przewidziano na listopad.

- Jeszcze przez tydzień zamknięta dla ruchu kołowego będzie ulica Orla.

- Na ulicy Wólczańskiej na odcinku ulic Próchnika – 6 Sierpnia dobiegają końca prace wodociągowe w pasie jezdni.

- Modernizacja ulicy Sienkiewicza od al. Piłsudskiego do Zespołu Szkół Gastronomicznych spowodowała zamknięcie dla ruchu tego odcinka. Nieprzejezdne są też skrzyżowania ulicy Sienkiewicza z ulicami Orlą i Wigury. Objazdy ulicami Kilińskiego i Piotrkowską. Zakończenie robót w tym rejonie zaplanowano na październik.

- Remontowana jest nawierzchnia jezdni al. Piłsudskiego na odcinku od ul. Konstytucyjnej w kierunku wiaduktu kolejowego. Zerwana została stara jezdnia i drogowcy kładą nowe „dywaniki”. Z tego powodu, na niektórych odcinkach występują utrudnienia. Koniec prac zaplanowano na ostatni dzień sierpnia.

Autor artykułu: (tj)

W Spale polała się krew

Monday, August 26th, 2002

Do regularnej bitwy między gangsterami a policją doszło na terenie Centralnego Ośrodka Sportów w Spale. Wymiana ognia trwała kilkanaście sekund. Jeden z bandytów został zastrzelony, drugi w ciężkim stanie został przewieziony do szpitala. Obrażenia odnieśli także dwaj funkcjonariusze.

– O tym, że w Spale dojdzie do spotkania łódzkich gangsterów z ich kompanami z Radomia, wiedzieliśmy już od pewnego czasu – opowiada dowodzący akcją funkcjonariusz Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. – Nie znaliśmy tylko terminu tego zbójeckiego zjazdu. O tym dowiedzieliśmy się w piątek od informatora z Radomia.

Funkcjonariusze Wydziału Kryminalnego ustalili, jakimi samochodami podjadą gangsterzy. Wiedzieli też, że będą uzbrojeni.

– Nie było żartów – kontynuuje policjant – szykowaliśmy się jak na wojnę.

50 policjantów Wydziału Kryminalnego i antyterrorystów Komendy Wojewódzkiej Policji wyjechało do Spały radiowozami na cywilnych numerach rejestracyjnych.

Wśród nich byli również funkcjonariusze przygotowani w Stanach Zjednoczonych do udziału w tego typu akcjach.

– Zanim urządziliśmy zasadzkę, cały teren, gdzie mieli się pojawić przestępcy, został dokładnie przeszukany – kontynuuje inny policjant. – Na bandytów zaczailiśmy się w miejscach, z których można było dokładnie obserwować drogę do ośrodka.

Po kilku godzinach wyczekiwania do dowodzącego akcją dotarła przez radio wiadomość, że w stronę Spały jadą oczekiwane samochody.

Wśród nich niebieski volkswagen golf na łódzkich numerach rejestracyjnych, volkswagen passat, opel omega, bmw. W każdym podróżowało kilku mężczyzn ubranych na sportowo.

– Przed ośrodkiem auta się rozdzieliły – opowiada policjant. – My ruszyliśmy za tymi, które wjechały na jego teren.

– Pięciu stoi przy wejściu, reszta przy samochodach! – padło przez radiostację.

Najpierw policjanci próbowali zatrzymać niebieskiego volkswagena. Jego kierowca dodał jednak gazu i staranował dwóch funkcjonariuszy.

Policjant z kryminalnego, były antyterrorysta, może mówić o szczęciu. Jak piłka odbił się od maski samochodu i wylądował na ziemi. W tej samej chwili z pobliskiego lasu gangsterzy otworzyli ogień i rozpętało się prawdziwe piekło.

Policjanci odpowiedzieli ogniem ze strzelb, pistoletów i broni maszynowej. Kanonada trwała kilkanaście sekund.

– Celowaliśmy w opony – mówi dowodzący akcją. – Kule dosięgły volkswagena i podziurawiły go jak sito. Później okazało się, że trafiony został mężczyzna, który położył się na tylnych siedzeniach.

– Gdy dobiegliśmy do niego jeszcze żył. Podłączyliśmy mu respirator i próbowaliśmy go reanimować. Zmarł jednak mimo naszych wysiłków – opowiada funkcjonariusz.

Zmarłym okazał się 25-letni Łukasz R., podejrzany o porwanie w kwietniu żony biznesmena.

Postrzelony został także kierowca uciekający volkswagenem. Do szpitala trafił z pięcioma ranami postrzałowymi głowy i tułowia. Jego życiu nie zagraża jednak niebezpieczeństwo.
Policjanci potrąceni przez samochód odnieśli niegroźne obrażenia rąk i nóg. Po opatrzeniu ran zostali zwolnieni do domu.

Zatrzymano dziewięciu gangsterów w wieku 25 – 34 lata. Czterej są mieszkańcami Radomia, pozostali to łodzianie. Wśród nich są m. in. znani w łódzkim półświatku „Ciacho”, „Glut”, „Łysy”, „Bimbaj” i „Rataj”.

Kilku z zatrzymanych było poszukiwanych listami gończymi. Wszyscy byli członkami jednego z najgroźniejszych gangów w Polsce, specjalizującego się w porwaniach i napadach z bronią. Jeszcze do niedawna na jego czele stał znany łódzki biznesmen. Niedawno trafił on za kratki.

W samochodach gangsterów znaleziono trzy pistolety, rewolwer, amunicję, kastety i kije bejsbolowe. Niektórzy byli ubrani w kamizelki kuloodporne.

Sześciu zatrzymanych w Spale przestępców zostało aresztowanych, a wnioski o aresztowanie dwóch kolejnych zostaną rozpatrzone dziś – poinformowała policja.„Ciacho”, „Glut”, „Łysy”, „Bimbaj” i „Rataj” mają odpowiadać za udział w zorganizowanym związku przestępczym o charakterze zbrojnym. 30-letniemu Grzegorzowi B., który próbował przejechać policjanta, prokurator przedstawił zarzut usiłowania zabójstwa. Grzegorz B. przestępczą karierę zaczynał od włamań do samochodów.

Pozostałym zatrzymanym przedstawiono zarzuty rozboju, napadu z użyciem broni oraz posiadania broni palnej i amunicji bez zezwolenia.

Autor artykułu: (em)

Po ujawnieniu współpracy z “bezpieką” – Marek Madej: nie żałuję niczego

Saturday, August 24th, 2002

Dopiero za kilka dni Marek Madej, dyrektor łódzkiego ośrodka Telewizji Polskiej SA złoży wyjaśnienia swoim warszawskim szefom. Ma się wytłumaczyć z pracy w PRL-owskim aparacie bezpieczeństwa. Do czasu rozmowy z Madejem zarząd telewizji wstrzymuje się od rozstrzygnięć co do jego dalszej pracy w telewizji.

- Nie podejmiemy żadnej decyzji, póki sprawa nie zostanie zbadana – powiedział wczoraj “Expressowi” Janusz Cieliszak, rzecznik TVP. – Dyrektor Madej złoży wyjaśnienia za kilka dni. Z tego co wiem, pana Madeja nie ma w ośrodku, jest na wyjeździe. Proszę pamiętać, że wszystko to działo się prawie 40 lat temu – dodał Janusz Cieliszak. – My znaliśmy Marka Madeja jako popularnego komentatora sportowego z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Wszystkie wątpliwości rozstrzygane będą na jego korzyść.

Informację o pracy w służbie bezpieczeństwa podał sam Marek Madej w swym oświadczeniu lustracyjnym, które, jako osoba pełniąca funkcje publiczne, musiał złożyć na ręce Juliusza Brauna, przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

- Podejmowanie decyzji personalnych leży w kompetencji właściwych organów Telewizji Polskiej SA. Jak wiadomo, praca w organach bezpieczeństwa nie stanowi formalnej przeszkody dla pełnienia funkcji publicznych – napisał Braun do Roberta Kwiatkowskiego, szefa TVP SA. – Pozwalam sobie jednak wyrazić głębokie zdziwienie decyzją o powołaniu p. Marka Madeja na stanowisko dyrektora Oddziału TVP w Łodzi. Pracę w organach bezpieczeństwa państwa w PRL trudno bowiem uznać za właściwą rekomendację do pełnienia funkcji kierowniczych w mediach publicznych demokratycznego państwa.

W odpowiedzi Janusz Cieliszak wydał oświadczenie, że zarząd telewizji nic nie wiedział o pracy Madeja w kontrwywiadzie. W dokumentach i oświadczeniach złożonych władzom telewizji Marek Madej podał tylko, iż w latach 1964 – 1967 był pracownikiem komendy miejskiej Milicji Obywatelskiej w Łodzi i zajmował się ochroną handlu.

- Informacje, jakie trzeba zawrzeć w oświadczeniu lustracyjnym są po prostu bardziej szczegółowe niż te, które my dotąd posiadaliśmy – stwierdził Cieliszak w rozmowie z “Expressem”.

Marek Madej, po ujawnieniu jego oświadczenia lustracyjnego, swą współpracę z organami bezpieczeństwa opisuje tak:

- Po ukończeniu studiów w 1964 roku zostałem zatrudniony na etacie w Komendzie Miejskiej MO w Łodzi, w Wydziale II (kontrwywiad) w zespole zajmującym się ochroną tajemnic handlu zagranicznego. Zespół ten nie miał nic wspólnego z walką z opozycją czy Kościołem i jak mniemam, podobne działania prowadzone są również obecnie. Zostałem skierowany do szkoły oficerów kontrwywiadu, którą ukończyłem w grudniu 1966 roku i natychmiast złożyłem podanie o zwolnienie z pracy, ponieważ zrozumiałem, że popełniłem pomyłkę zawodową. Moja psychika, predyspozycje, sumienie, tradycje rodzinne – wszystko to nie było zgodne z tym, czym miałbym się zajmować. Po trzech miesiącach “odpracowania” (31.03 1967) opuściłem Komendę.

Jak twierdzi Marek Madej, jeszcze dwa razy otrzymał propozycje powrotu do pracy w bezpiece, które odrzucał, co skończyło się za pierwszym razem wyrzuceniem z pracy w reklamie w PHZ “Cetebe”, a drugim razem, w 1982 roku, po internowaniu – kresem jego kariery telewizyjnego komentatora sportowego.

- Nie mam powodu żałować czegokolwiek, co działo się w moim życiu. Ani się wstydzić.

Autor artykułu: (kow)

List do redakcji w sprawie szczypiorniaka

Thursday, August 22nd, 2002

W związku z artykułem w „Expressie Ilustrowanym” zatytułowanym „Cichy pogrzeb” chciałbym wyjaśnić nieprawdziwe informacje.

Nadużyciem jest stwierdzenie, że zawodnicy i trener wyjechali z Łodzi w poszukiwaniu nowego pracodawcy. Drużynę opuścili chwilowo jedynie szkoleniowiec zespołu Ryszard Skutnik i dwaj piłkarze: Adrian Anuszewski i Michał Matyjasik, którzy odbyli kilka treningów z drużyną Warszawianki. Matyjasik już powrócił do Łodzi i zamierza kontynuować karierę w naszym klubie.

Inaczej rzecz się ma z Anuszewskim, którego karta zawodnicza należy do Olimpii Piekary Śląskie, ponieważ był tylko wypożyczony do MSRP „Anilana”. Informuję, że na mocy umowy z zarządem Olimpii Piekary Śląskie, jestem przedstawicielem tego klubu i mam zapewnione pierwszeństwo przy transferze Anuszewskiego. Natomiast trener Skutnik wyjechał z Łodzi informując mnie, że powodem są sprawy rodzinne. Pozostali zawodnicy pierwszoligowej drużyny są nadal w Łodzi i uczestniczą w treningach prowadzonych przez Adama Jędraszczyka, który jest drugim trenerem.

Informuję ponadto, że w MSRP „Anilana” nie ma obecnie menadżera drużyny, ponieważ 22 kwietnia na posiedzeniu zarządu klubu złożyłem rezygnację, która została przyjęta. W przygotowaniu jest umowa pomiędzy zarządem klubu a moją agencją menadżerską, na mocy której zamierzam przejąć finansowanie zespołu (wraz z długiem wobec zawodników i innych podmiotów).

Sugestie autora artykułu o bezsensownym wyjeździe na zgrupowanie do Austrii również nie mają podstaw, ponieważ wyjazd sfinansowałem z prywatnych (nie klubowych) środków. Jedyne względy, jakie spowodowały ten wyjazd, to doskonała baza treningowa i korzystna cena.

Chciałbym dodać, że od początku przygotowań do sezonu wydałem z własnej kieszeni ok. 70 tys. złotych (m.in. obóz do Austrii, zakwaterowanie i wyżywienie zawodników, część zaległości wobec trenera i piłkarzy, operacja zawodnika Radosława Matyjasika w jednej z warszawskich klinik). Wydaje mi się, że nie ma podstaw do zarzucenia mi złej woli i braku działania. Zwłaszcza że cały czas prowadzę rozmowy z potencjalnymi sponsorami i mogę mieć nadzieję, że przyniosą one pozytywny skutek.

Z poważaniem

Jan Makasewicz

MG Sport-Marketing

*****

- Myślę, że w ferworze pisania sprostowania zapomniał pan o szczegółach rozmowy z trenerem Skutnikiem. Szkoleniowiec potwierdza, że wyjechał z Łodzi nie z powodów, jak pan podaje rodzinnych, ale poinformował pana, że nie ma z kim trenować. Czeka zresztą do dziś na telefon, że sytuacja w klubie ma szansę na normalizację.

Kolejna sprawa. Czy szybka ucieczka z Łodzi braci Kubisztalów, Przybylskiego i Wacha spowodowana była tym, że klub chciał im za dużo dać? Pan chyba zna najlepiej odpowiedź na to pytanie.

Skoro nie jest pan już menedżerem drużyny, to zastanawiające jest po co pan wydaje własne pieniądze (70 tysięcy) na piłkarzy ręcznych. Jest przecież w Łodzi wiele domów dziecka i ich mali mieszkańcy byliby panu wdzięczni za tak hojny datek. Przy okazji po tak wspaniałym geście można też liczyć na ogromne zainteresowanie mediów.

To są jednak sprawy mało istotne. W tej chwili najważniejsze jest to, by seniorska sekcja szczypiorniaka nadal funkcjonowała w Łodzi. Jeśli pan deklaruje, że chce do tego doprowadzić, to trzymam mocno zaciśnięte kciuki. Mam nadzieję, że wkrótce będziemy mogli pisać o panu – Ten co uratował piłkę ręczną dla naszego miasta.

Autor artykułu: jan hofman