Archive for June, 2002

Trzecie zwycięstwo tenisistów MKT

Friday, June 28th, 2002

Wszystko wskazuje na to, że tenisiści MKT Varitex z Łodzi zajmą pierwsze miejsce w swej grupie w walce o tytuł drużynowego mistrza Polski.

Wczoraj na kortach w parku im. Poniatowskiego łodzianie wygrali trzeci z kolei mecz o ligowe punkty, pozostawiając w pobitym polu silny zespół WTK Mera Warszawa 4:3.

Zwycięstwo drużyny MKT Varitex mogłoby być bardziej efektowne, gdyby gospodarze nie wyrazili zgody na rozegranie dwóch deblowych pojedynków przyśpieszonym systemem tie – break. Zgodzili się jednak na to, poniważ zapewnili sobie sukces po grach pojedyńczych.

Wyniki techniczne meczu (łodzianie na pierwszym miejscu): Łukasz Kubot – Marcin Fyrstenberg 6:4, 4:6, 6:3, Bartłomiej Dąbrowski – Dawid Olejniczak 5:7, 6:3, 6:4, Jerzy Stasiak – Paweł Motylewski (były gracz MKT) 4:6, 7:5, 6:1, Marcin Gołąb – Piotr Szczepanik 6:7, 1:6, Marcin Matkowski – Kamil Lewandowicz 6:3, 6:7, 6:3, deble: Kubot, Matkowski – Szczepanik, Fyrztenberg 10:12, 6:8, Gołąb, Bernard Kaczorowski – Olejniczak, Motylewski 3:7, 7:3, 3:7.

Już jutro tenisiści MKT Varitex rozegrają na wyjeździe ostatni mecz rundy z Wawelem Kraków, w którym są zdecydowanymi faworytami. W grupie B o prymat rywalizują Polonia Bydgoszcz i Olimpia Poznań. Przypominamy, że do finału awansują po dwie drużyny z każdej grupy.

∂ Czy MKT Varitex ma szansę otrzymać organizację finału mistrzostw Polski? – pytamy menadżera łódzkiej drużyny Pawła Kaczorowskiego.

– Taka szansa rzeczywiście istnieje, chociaż bardzo zabiega o organizację tej imprezy Polonia Bydgoszcz – odpowiada menadżer. Dziś powinien zadecydować o tym zarząd Polskiego Związku Tenisowego. Liczymy na przychylną dla nas opinię.

Autor artykułu: (m. st.)

Ile biorą lekarze

Friday, June 28th, 2002

Tak już jest, że w chorobie i cierpieniu wszyscy jesteśmy równi. Ale gdy stajemy się z dnia na dzień pacjentami zdanymi na łaskę uspołecznionej służby zdrowia, wyciągamy z kieszeni, co mamy, żeby dać, ile się komu należy. Płacimy za ominięcie kolejki do łóżka w szpitalu, natychmiastową operację, specjalistyczne badanie, a nierzadko za taki drobiazg, jak otarcie potu z czoła.

Korupcja w białym kitlu

Ilu pacjentów bez szemrania daje lekarzom w łapę, jak dużo i za co? – na te i podobne pytania odpowiedziało 1000 osób, uczestników ankiety Centrum Badań Opinii Społecznej, przeprowadzonej we wrześniu i październiku ubiegłego roku.

Wyniki potwierdzają to, o czym głośno mówią łodzianie w domach, ale tylko szeptem w szpitalnych salach i w kolejkach do specjalistów. Okazuje się, że lekarze biorą, i to tak ostro, że w rankingu najbardziej skorumpowanych profesji wydźwignęli się w ciągu ostatnich dziesięciu lat na drugie miejsce (uważa tak 47 proc. Polaków) i już depczą po piętach politykom (54 proc. głosów).

Po co klucz gdy jest wytrych

Z tysiąca ankietowanych osób aż 555 przyznało, że „odwdzięczało się” lekarzom pieniędzmi, luksusowymi alkoholami, bombonierkami, a nawet sprzątaniem mieszkania.
Jednak wśród skorumpowanych lekarzy najmilej widziana jest przysłowiowa koperta – uniwersalny wytrych, który wystarczy za wszystkie klucze. Dało ją aż 74 proc. pacjentów, którzy przyznali się do wręczania „dowodów wdzięczności”.

Kwota zależała od rodzaju wyświadczonej „przysługi” medycznej i zajmowanego przez lekarza szczebla w hierarchii zawodowej. Najwyższe łapówki w gotówce od ankietowanych pacjentów dostali:

- za łóżko – 15 ordynatorów i 11 lekarzy

- za przeprowadzenie operacji – 29 ordynatorów i 22 lekarzy

- za przyspieszenie zabiegu – 16 ordynatorów i 11 lekarzy

- za „troskliwą opiekę” – 23 ordynatorów i 30 lekarzy

Ile jest wdzięczności w kopercie?

Nie były to flaszki, bombonierki, a tym bardziej niewinne kwiatki. Nikt o zdrowych zmysłach nie nazwie takich drobnych upominków łapówką. Co czwarty „dający” nie uznał za łapówkę nawet pieniędzy wręczonych po udanej operacji, czy wyciągnięciu go z choroby. Ale wyrozumiałość znika, gdy lekarz sięga po kopertę zanim zakaszea rękawy kitla i weźmie się do roboty. Tymczasem prawie 500 osób (47 proc. ankietowanych) stwierdziło, że zapłaciło przed rozpoczęciem leczenia. I to niemało…

Najkosztowniejsze jest przyjęcie do szpitala, przyspieszenie zabiegu, ominięcie kolejki do specjalisty i przeprowadzenie operacji (najczęściej od 500 do 1000 zł). W kilku przypadkach „opłata” przekroczyła 5.000 zł. Rekordowe kwoty – po 10.000 zł – zapłaciło dwóch pacjentów.

Łapówka po łódzku

Skorumpowani lekarze praktykują też w łódzkiej służbie zdrowia. Zarażają opinią łapówkarzy większość uczciwych, wybitnych fachowców, o których pacjenci wyrażają się z szacunkiem i budują im ołtarzyki w swoich sercach.

– Oni są lekarzami z prawdziwego powołania, ale giną w tym morzu moralnej zgnilizny – ubolewa Krystyna Kozakiewicz.

Pani Krystyna jest jednym z kilkudziesięciu pacjentów łódzkiej służby zdrowia, którzy odpowiedzieli na postawione w piątkowym „Expressie” pytanie: „Czy znalazłeś się w takiej sytuacji, że musiałeś dać lekarzowi łapówkę?”.

Zadzwoniła też Helena Lechańska: – Leżałam dwadzieścia siedem razy w szpitalach, między innymi w Łagiewnikach. Przeszłam cztery operacje i nigdy nie dałam ani grosza. Jeśli lekarzowi wciska ktoś pieniądze bez proszenia, to co w tym złego, że bierze? Ja też bym wzięła.

– Miałam właśnie operację w szpitalu im. Madurowicza. Nikt mi czegoś takiego nie proponował – uważa podobnie Bożena ze Zgierza.

Tymczasem o braku szczęścia do medyków z dwóch łódzkich szpitali opowiada łodzianka po kilku operacjach: – Odnoszę wrażenie, że łapownictwo najbardziej panoszy się na oddziałach neurochirurgicznych. Kto nie zapłaci, jeśli usłyszy od lekarza, że nigdy nie będzie chodził? Pacjenci z tętniakami czy krwiakami informowani są, że na początek muszą dać 1000 zł, a „potem to się zobaczy”. Ja zapłaciłam za pierwszą operację 2000 zł, za następne 400 i 500. Kiedyś zrobili mi badania i mimo złych wyników stwierdzili, że muszę wrócić do domu, bo nie ma łóżka. Znalazło się natychmiast, gdy dałam kopertę.

W innym szpitalu, do którego trafiłam, tylko o dwóch operujących lekarzach wiadomo było na pewno, że nie biorą. Jeden z przyjmujących koperty otwarcie powiedział: „Biorę, bo muszę kupić synowi stadninę koni”. I kupił!

– Dwie operacje kosztowały mnie 3000 zł – liczy wartość „dowodów wdzięczności” poważnie chora kobieta.

– Gdybym nie dała, pewno nie doczekałabym tej rozmowy… Poznałam panią, dla której cała wieś zbierała na łapówkę. Niestety, zebrali za mało i z tego co wiem, operacja się nie odbyła. System łapówek działa jak taśma. Nikogo nie obchodzi, skąd masz wziąć pieniądze. Można nie mieć na leki, jedzenie, ale na opłacenie lekarza musi się znaleźć. A oni krzyczą, że nie biorą. Owszem, nie biorą, ale… mało.

Mariola, nauczycielka z Widzewa: – Tylko raz zdarzyło mi się, że lekarz nie życzył sobie prezentu. Kiedy zachorowała córka, długo z mężem zastanawialiśmy się jak podać kopertę. Zrobiliśmy to bardzo dyskretnie. Lekarka przy nas ją otworzyła i spytała: „Co? Nauczyciele tak mało zarabiają?”

Hieronim, 78 lat: – Choruję na nerki i wiele razy dawałem łapówki. Dawali też inni pacjenci urologii. Na swojej drodze spotkałem tylko jednego lekarza, który nie chciał brać pieniędzy. To był młody internista, nazywał się Kasprzyk.

Pielęgniarka: – Leżałam w szpitalu. Musiałam zapłacić za przyjęcie i operację, choć lekarz wiedział, że jestem związana ze służbą zdrowia. W moim szpitalu biorą nawet lekarze dopiero przyjęci do pracy. Pacjent wie, że jak nie da, musi czekać. Lekarze wcale się z tym nie kryją.

Dałbym nawet jacht!

Janusz Kaczmarek, dr nauk medycznych, rzecznik odpowiedzialności zawodowej Okręgowej Izby Lekarskiej w Łodzi uważa, że opowieści o łapówkach często są… wyssane z palca.

– Dlaczego tak dużo słyszy się i piszeo tym w mediach, a tak mało spraw wpływa do Izby i prokuratury? – pyta. – Kodeks karny mówi, że ten, kto daje łapówki, może być potraktowany łagodnie. Jeśli łapownictwo szerzy się rzekomo na taką skalę, powinien się już znaleźć ktoś odważny.

Tymczasem w tym roku wpłynęło do nas tylko jedno anonimowe doniesienie. Dotyczyło ordynatora z łódzkiego szpitala.

Miał żądać pieniędzy za przyjęcie na oddział. Rozmawiałem z pacjentami i ich rodzinami, z pomówionym ordynatorem, ale sugestie z donosu nie potwierdziły się.

Na pytanie: gdzie jego zdaniem kończy się wdzięczność pacjenta, a zaczyna łapówka? – rzecznik odpowiedział:

– O łapówce możemy mówić, gdy przyjęcie do szpitala lub leczenie jest uzależnione od prezentu. Tak nie powinno być i jest to złe. Ja na pewno odwdzięczyłbym się lekarzowi, który uratowałby kogoś mi bliskiego. Gdybym miał pieniądze, kupiłbym mu nawet jacht!

Doktor Kaczmarek nie wspomniał jednak, że w jego biurze zajmowano się w tym roku jeszcze jedną skargą. Złożył ją Dariusz Andryszczak na urologa ze szpitala im. Pirogowa.

– Zaproponował mi, że za 2000 zł rozkruszy bezboleśnie kamień w nerce – Andryszczak wspomina tamtą rozmowę.

– Nie miałem jednak pieniędzy na łapówkę, więc jakiś czas potem zoperował mnie tradycyjnie. Na drugi dzień po zabiegu dowiedziałem się, że usunięto mi nie tylko kamień, ale i śledzionę. Czułem się coraz gorzej, a mimo to w piątej dobie po operacji wypisano mnie do domu. Po trzech dniach wróciłem na oddział. Okazało się, że nad nerką mam naciek i trzeba ją usunąć. Po kolejnej operacji byłem w tak złym stanie, że od razu przeniesiono mnie na oddział „R”.

Chory złożył skargę na postępowanie lekarzy i próbę wymuszenia łapówki do dr Kaczmarka, rzecznika odpowiedzialności lekarskiej. Ten skargę oddalił.

„Niepomyślny przebieg pierwszej operacji usunięcia kamienia spowodowany był (…) zrostami nerki ze śledzioną. W czasie uwalniania nerki doszło do uszkodzenia śledziony z koniecznością jej wycięcia” – napisał m.in. w uzasadnieniu rzecznik. Andryszczak odwołał się do Naczelnego Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej w Łodzi. Czeka na odpowiedź.

Dr Józef Matych, ordynator oddziału urologicznego w szpitalu im. Pirogowa mówi, że zbadał sprawę.

– Po zapoznaniu się z dokumentacją pacjenta nie stwierdziłem błędu w sztuce lekarskiej. Zarzut wymuszania łapówki też mnie nie przekonuje. Odkąd tu pracuję ani jeden pacjent nie poskarżył się, że moi lekarze każą sobie płacić za leczenie. Uważam, że jeśli ktoś uzależnia leczenie od czegokolwiek, to jest to podłe i nieetyczne.

Jaki jest koń, każdy widzi

Na przekupnych lekarzy pacjenci donoszą nie tylko do Izby Lekarskiej. Kilkanaście skarg trafiło do łódzkiego oddziału Stowarzyszenia Pacjentów „Primum Non Nocere”.

Każdego miesiąca o kilkunastu domniemanych próbach wymuszenia łapówki dowiaduje się także rzecznik praw pacjenta przy Łódzkiej Regionalnej Kasie Chorych. Do przyjmowania „prezentów” przyznają się także sami lekarze.

– Jaki jest koń, każdy widzi – zdobywa się na szczerość jeden z nich. A drugi, pracujący w „Koperniku”, dodaje:

– My nie nazywamy tego łapówkami, ale rekompensatą za pracę, włożony trud i ciężkie warunki pracy. Nigdy nie słyszałem, by ktoś z tych, o których krążą słuchy że biorą, mówił pacjentowi, ile musi dać. Pacjent daje taki dowód wdzięczności, na jaki go stać.

Okazuje się, że według lekarzy czarne jest białe, a kilkaset złotych to taki sam „dowód wdzięczności” jak butelka koniaku lub bukiet róż. A w ogóle to należy zająć się mizernymi (to prawda) pensjami w służbie zdrowia.

Wreszcie – podkreślają lekarze – w Kodeksie Etyki Lekarskiej napisano, że lekarz ma prawo ustalać z pacjentem wysokość honorarium przed rozpoczęciem leczenia, z wyjątkiem nagłych wypadków.

Procesy sądowe też łasym na koperty medykom na razie niegroźne. Według kodeksu karnego ten, kto daje łapówkę, jest takim samym przestępcą jak ten, który bierze. Inaczej mówiąc, pacjent, który wręczy lekarzowi łapówkę a potem nagada na niego prokuratorowi, też trafi na ławę oskarżonych. Obaj dostaliby po równo – od 6 miesięcy do 12 lat.

*****

„Cennik kopertowy”

Wysokość łapówek – na podstawie rozmów z pacjentami łódzkich placówek służby zdrowia (w złotych):

- operacja kardiochirurgiczna: od 2000 do 5000

- operacja urologiczna: od 1500 do 5000

- operacja neurologiczna: od 1000 do 4000

- operacja kamieni nerkowych: od 1000 do 3000

- natychmiastowe przyjęcie do szpitala: od 500 do 2 000

- obecność lekarza przy porodzie w znieczuleniu: od 300 do 1000

- cesarskie cięcie: 1000

- operacja wyrostka robaczkowego: od 400 do 700

- rezonans magnetyczny: od 500 do 700

- tomografia komputerowa: od 200 do 500

- znieczulenie przy porodzie: od 250 do 600

- recepta: 10 proc. ceny leków

- zwolnienie lekarskie do 31 dni: 5 zł za dzień, powyżej 31 dni – 10 zł

Wysokość łapówek najczęściej zależy od stażu pracy lekarzy i… stopnia specjalizacji „przyjmującego” pana doktora…

Autor artykułu: bohdan mazurek

Przechytrzyli kamery

Friday, June 28th, 2002

Uruchomiony niedawno, jeden z najnowocześniejszych w świecie, System Wspomagania Dowodzenia Komendy Miejskiej Policji, przegrywa z łódzkimi złodziejami.

Ostatnio spod Centralu, z miejsca, które jest pod stałą obserwacją kamery, skradziono rower. Policja nie może jednak schwytać złodzieja, gdyż ten do kamery ustawił się… tyłem.

– Utrwalono tylko sylwetkę przestępcy. To za mało, żeby ustalić jego tożsamość – tłumaczy nadkom. Dariusz Krawczyk, rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji w Łodzi.

W ramach Systemu Wspomagania Dowodzenia, w Łodzi działa już ponad 20 kamer. Za ich pośrednictwem policjanci śledzą sytuację na newralgicznych skrzyżowaniach i w miejscach najbardziej zagrożonych przestępczością, m. in. na ul. Piotrkowskiej, al Piłsudskiego, pl. Dąbrowskiego, w okolicach Górniaka i Dworca Fabrycznego.

Niestety, coraz częściej okazuje się, że te cuda techniki są bezsilne w konfrontacji z przestępcami. Nie tak dawno pod okiem kamery okradziono łódzką posłankę, a nawet dokonano brutalnego napadu. Kamery nic nie zarejestrowały…

Autor artykułu: (em)

Plażowy turniej Piotrkowskiej

Tuesday, June 25th, 2002

W najbliższą sobotę (29 czerwca br.) na boiskach TKKF „Dzikusy” przy ul. Skrzetuskiego zostanie rozegrany pierwszy turniej eliminacyjny VI Turnieju Plażowej Piłki Siatkowej o Puchar Prezydenta Miasta Łodzi. Pod tą nową nazwą kryje się znany od sześciu lat Puchar Ulicy Piotrkowskiej.

Zgłoszenia do zawodów przyjmowane będą od godz. 9, turniej rozpocznie się o godz. 10.00. W bieżącym roku finał rozgrywek zostanie rozegrany na terenie ośrodka MOSiR „Stawy Jana” w dniach 31 sierpnia i 1 września. Organizatorzy przygotowali również termin rezerwowy – 7 i 8 września br.

Przepustkę do finałowej rozgrywki uczestnicy uzyskają w czterech turniejach eliminacyjnych, które rozegrane zostaną od czerwca do sierpnia br. Jednym z nich będzie III Festiwal Siatkówki Plażowej, który zaplanowany jest na 20 lipca br. na boiskach obiektu MOSiR „Stawy Jana” przy ul. Rzgowskiej 247.

Autor artykułu: (mm)

Strzelał Tadeusz M.?

Tuesday, June 25th, 2002

Wczoraj w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie przesłuchiwany był Tadeusz M., podejrzany o zastrzelenie w kwietniu ubiegłego roku byłego ministra sportu Jacka Dębskiego. Sprawa ta jest już właściwie rozwikłana – powiedział nam oficer Komendy Głównej Policji. – Mamy Jeremiasza B. ps. „Baranina”, który zlecił zabójstwo, Tadeusza M., który oddał śmiertelne strzały oraz Halinę G., która „wystawiła” ofiarę zabójcy.

Jacek Dębski został postrzelony w nocy z 11 na 12 kwietnia 2001 r. na ulicy na warszawskiej Saskiej Kępie, w pobliżu Mostu Poniatowskiego. Zmarł w szpitalu po kilku godzinach. Kilka minut przed śmiercią wyszedł z pobliskiej restauracji „Casa Nostra” właśnie z Haliną G. vel „Inką”. I właśnie „Inka” trafiła do aresztu jako pierwsza. Zdaniem prokuratury to ona ostatnia widziała Dębskiego żywego, a później zabójcę.

Bezpośrednio po zdarzeniu jednak zniknęła i pojawiła się dopiero następnego dnia razem z adwokatem. Już nie wyszła na wolność.

Na początku „Ince” przedstawiono zarzut utrudniania śledztwa, gdyż jako jedyny świadek zbrodni nie chciała ujawnić szczegółów morderstwa. Po trzech miesiącach zmieniono zarzut na pomocnictwo w zabójstwie, a kilka dni później w Austrii zatrzymano Jeremiasza B. ps. „Baranina” (uważanego za rezydenta gangu pruszkowskiego w Austrii i współpracownika austriackiego wywiadu wojskowego), który według prokuratury miał zlecić zabójstwo byłego prezesa UKFiT. Krótko przed śmiercią rozmawiał z Dębskim (byli ponoć spokrewnieni) przez telefon komórkowy.

Jeremiasz B., który ma również obywatelstwo austriackie został aresztowany na początku lipca ubiegłego roku.

Jego proces o zlecenie zabójstwa byłego ministra sportu – jak zapewnia nadkom. Paweł Biedziak, rzecznik prasowy KGP – toczy się obecnie przed sądem w Austrii.

Natomiast Tadeusz M. – członek śląskiej grupy przestępczej – został zatrzymany przez policję cztery miesiące temu pod zarzutem porwań i pobić.

Przedstawienie zarzutów zarówno „Baraninie” jak i Tadeuszowi M. jest dużą zasługą „Inki”. Kobieta może więc liczyć (normalnie grozi jej dożywotnie więzienie) na nadzwyczajne złagodzenie kary.

Na początku mówiło się, że Dębski zginął, bo nie oddał kilkuset tysięcy dolarów „Baraninie”. Była to zaliczka na załatwienie przetargu na budowę kompleksu hotelowego.

Firma wskazana przez Jeremiasza B. nie wygrała przetargu i pieniądze powinny zostać zwrócone. Nie zostały. Później, że padł ofiarą gangsterskich porachunków i zginął gdyż nie wywiązał się z obietnic danych podwarszawskim grupom przestępczym. Na koniec, że na jego śmierci zaważyły brudne interesy z pewnym biznesmenem, który prowadził klub sportowy. Były minister nie rozliczył się z pieniędzy i zginął. Jak było naprawdę, prokuratura nie chce jeszcze mówić.

Autor artykułu: (ćma)

Czy Dariusz Podolski wróci do ŁKS?

Tuesday, June 25th, 2002

Na wczorajszym treningu ŁKS miała się pojawić szóstka nowych kandydatów do gry w drużynie z al. Unii. Zameldowało się tylko trzech.

Byli to: 25-letni Mariusz Ujek, wychowanek Kuźni Jawor, mający za sobą występy w Górniku Polkowice i Odrze Opole, 23- letni Tomasz Abramowicz z IV – ligowej Stali Mielec i 36- letni Dariusz Podolski, którego do nowych właściwie zaliczyć nie można, jako że to wychowanek ŁKS, grający w tym klubie w drużynie I ligi przez parę ładnych sezonów, a potem występujący m. in. w Widzewie, Ceramice Opoczno i w Świcie Nowy Dwór Mazowiecki. Do nowych nie można też zaliczyć Emila Pracza, który jako zawodnik ŁKS był tylko wypożyczony do Hetmana Białystok.

Na wczorajszym treningu nie było Jacka Kubickiego, który uczestniczył w sobotnim wewnętrznym sparingu ŁKS. Wszystko wskazuje na to, że w nowym sezonie będzie reprezentował barwy Piotrcovii Ptak. Już po treningu pojawił się oczekiwany bramkarz Waldemar Grzanka.

Artur Kościuk, skoro nie może występować w Groclinie Grodzisk Wielkopolski, chciałby grać w nowym sezonie w ŁKS. Wszystko jednak zależy od tego, czy dogadają się prezesi ŁKS i Piotrocvii.

*****

Wczoraj ŁKS wysłał pismo do PZPN i Bałtyku Gdynia w sprawie przełożenia rewanżowego meczu półfinałowego o mistrzostwo Polski juniorów Bałtyk – ŁKS z 29 czerwca na 1 lipca br. Jedenastu młodych piłkarzy ŁKS, którzy zdają egzaminy na Uniwersytet Łódzki Wydział Wychowania Fizycznego i Zdrowotnego, muszą 29 czerwca odbyć obowiązkową rozmowę kwalifikacyjną.

Autor artykułu: (mst)

14-letnia dziewczyna utonęła w stawie na Zdrowiu

Saturday, June 22nd, 2002

Pierwszego dnia lata staw w parku im. Piłsudskiego na Zdrowiu pochłonął pierwsze w tym roku ludzkie życie. Wczoraj po południu w zbiorniku utonęła 14-letnia Violetta. Istnieją podejrzenia, że do tragedii doszło w wyniku bezmyślnej zabawy. Dziewczynka była bez opieki dorosłych.

Szczegóły tragedii pozostają na razie zagadką. Choć w popołudniowym skwarze w wodzie pluskał się tłum dzieciaków (mimo obowiązującego tu zakazu kąpieli), a na pobliskim placu zabaw było wielu dorosłych, nikt nie potrafił odtworzyć przebiegu tragedii.

- Była tutaj z kolegami. Kąpali się przy wyspie – mówi Grzegorz Rozpierski, który brał udział w reanimowaniu dziewczynki. – Nie widziałem tego, ale ludzie mówili, że chłopaki otwierali jej usta i wpychali pod wodę. Dopiero po którymś takim zanurzeniu ktoś się zorientował, że dziewczynka tonie i rzucił się na ratunek.

Nieprzytomną nastolatkę przetransportowano na brzeg, gdzie dorośli podjęli reanimację.

- Była w beznadziejnym stanie – relacjonuje Sławomir Szurgot, który mając ukończony kurs pierwszej pomocy próbował ratować dziecko. – Myślę, że była pod wodą dłuższą chwilę, bo miała wodę w płucach i rozdęty brzuch. Choć jeszcze wyczuwało się puls, nic nie dało się się już zrobić.

Nie pomógł nawet lekarz pogotowia ratunkowego, które – jak twierdzą oburzeni świadkowie – zjawiło się na miejscu dopiero po upływie 15-20 minut. Wcześniej przyjechała policja. Dzięki temu, że ktoś z obecnych nad brzegiem znał dziecko z widzenia, na miejsce natychmiast sprowadzono matkę Violetty.

- Nie widziałam jak wychodziła z domu, byłam zajęta młodszym dzieckiem – twierdzi zrozpaczona kobieta. – Była jednak na podwórku, widziałam przez okno. Kiedy spojrzałam drugi raz, już jej nie zobaczyłam. Pytałam chłopców gdzie poszła, ale nie wiedzieli. Dopiero od policjantów dowiedziałam się co się stało.

Matka Violi nie wyklucza, że córka mogła targnąć się na swoje życie, bo nie zdała do VI klasy. Była tym ponoć mocno przygnębiona. Pierwszy raz wyszła z domu nie mówiąc o tym mamie.

Tragedia poruszyła zebranych nad stawem ludzi. Wiele osób twierdziło, że można jej było zapobiec: – Wcześniej trzykrotnie ktoś telefonował z komórki do Straży Miejskiej, żeby powiedzieć, że w stawie jest pełno dzieciaków, choć tu obowiązuje zakaz kąpieli. Nikt się nie pokazał – utrzymywał jeden z mężczyzn.

Autor artykułu: (pij)

Nie dojdzie do meczu piłkarskiego pomiędzy policjantami z Komendy Miejskiej i członkami “Samoobrony”.

Saturday, June 22nd, 2002

Wczoraj po południu policyjne związki zawodowe wystosowały do łódzkich władz tej partii list, w którym czytamy m.in. “Serdecznie dziękujemy za inicjatywę. Jest nam przykro, ale termin 23 czerwca jest niemożliwy z uwagi na zaangażowanie policjantów w pełnienie służby. Jesteśmy otwarci na podobne inicjatywy i mamy nadzieję na dalsze kontakty i realizację podobnych przedsięwzięć”.

Jak ustaliliśmy “Samoobrona” przygotowała się do festynu bardzo solidnie. Pomysł rozegrania meczu wyszedł od Zbigniewa Łuczaka, szefa łódzkiej “Samoobrony”. On sam miał grać w ataku. Poseł Stanisław Łyżwiński – prawdopodobnie w bramce. Mocnym punktem drużyny miał być Juliusz Kruszankin, były piłkarz ŁKS i reprezentant Polski.

Zwycięzcy mieli otrzymać przechodni puchar Andrzeja Leppera, pozostali uczestnicy okolicznościowe dyplomy. “Samoobrona” ufundowała również koszulki dla obu drużyn. Sama miała grać w zielonych, a policja w czarnych.

- Jestem zaskoczony – mówi Zbigniew Łuczak, szef łódzkiej “Samoobrony”. – 12 czerwca uzgodniliśmy wszystko z policyjnymi związkami i łódzką komendą miejską. Ochoczo przystali na tę propozycję.

Nie potwierdza tego mł. inspektor Jan Feja, pełniący obowiązki komendanta miejskiego w Łodzi: – Otrzymaliśmy od “Samoobrony” propozycję rozegrania meczu. Nie ma jednak żadnego dokumentu, z którego wynika, że zgodziliśmy się na mecz. Dowiedzieliśmy się, iż w czwartek w policji pojawiły się głosy, że “Samoobrona” zapowiedziła, że bez względu na wynik meczu dogrywka będzie we wtorek na… ulicach Łodzi i Warszawy.

Po tej informacji funkcjonariusze postanowili się wycofać z gry, znajdując najprostszy pretekst – obowiązki służbowe.

- Nie chcieliśmy uprawiać żadnej polityki – uważa Zbigniew Łuczak. – Niedziela nie została wybrana przypadkowo. To przecież Dzień Ojca.

Jak zapewnia Zbigniew Łuczak festyn jednak się odbędzie, również i mecz. “Samoobrona” zagra z drużyną Salezjanów, a pieniądze z kwesty oraz loterii w której każdy los wygrywa (wartość nagród – 100 tys. zł) będą przeznaczone – tak jak planowano – na wsparcie dzieci, których ojcowie – policjanci zginęli na służbie.
Dla wszystkich chętnych, którzy pojawią się jutro o godz. 15 na stadionie “Orła” (wstęp jest wolny) czekają pieczone kiełbaski napoje i piwo. Wszystko gratis.

Autor artykułu: (widz)

Kto będzie rządził Łodzią?

Friday, June 21st, 2002

Krzysztof Panas już nie jest prezydentem Łodzi Objął stanowisko podsekretarza stanu w Ministerstwie Środowiska. Władze Sojuszu przymierzają do jego gabinetu Krzysztofa Jagiełłę i Sylwestra Pawłowskiego – dotychczasowych wiceprezydentów.

Ten, kto teraz zastąpi Panasa, niemal na sto procent wystartuje jako kandydat Sojuszu w jesiennych bezpośrednich wyborach prezydenta Łodzi.

O „swojego” prezydenta powalczą także inne partie. Nie wykluczone, że wystartują także kandydaci niezależni.
Postanowiliśmy nie czekać na efekt wewnątrzpartyjnych i frakcyjnych targów oraz przymiarek i zrobić przymiarkę do wyborów już teraz. Oto nasze typy.

Sylwester Pawłowski
– 44 lata, magister historii. W latach 1990-1998 uczył dzieci w Szkole Podstawowej nr 114. W latach 1988–1990 i 1994–1998 zasiadał w Radzie Miejskiej, a od października 1998 jest wiceprezydentem, odpowiedzialnym m.in. za szkolnictwo. Interesuje się piłką nożną i ręczną. Jego hobby to muzyka rockowa i klasyczna.

Jerzy Kropiwnicki
– 57 lat, doktor ekonomii, były poseł AWS, prezes ZChN, minister w rządzie Jerzego Buzka. Jako pierwszy oficjalnie zgłosił swoją kandydaturę. Popiera go Łódzkie Porozumienie Obywatelskie – ugrupowanie związane z ZChN. Chce być kandydatem całej prawicy. Już myśli o drużynie, która umożliwi mu sprawowanie władzy.

Krzysztof Jagiełło
– 49 lat, absolwent Warszawskiej Akademii Nauk Społecznych, członek SLD i przewodniczący Zarządu Miejskiego SLD. Od listopada 2001 – członek Zarządu Miasta, a od marca 2002 – wiceprezydent Łodzi.
W wolnych chwilach kopie piłkę i chodzi na mecze. Od 20 lat zbiera stare monety. Ma ich w kolekcji ponad 300.

Witold Rosset
– 34 lata, wyższe wykształcenie medyczne, ale nie praktykuje. Od ośmiu lat działacz samorządowy, radny Unii Wolności. Uważany był za „człowieka” Czekalskiego. Obiecuje m.in. zabrać radnym przywilej bezpłatnego podróżowania komunikacją miejską i darmowego parkowania na ulicach. Jest sędzią piłkarskim.

Iwona Śledzińska-Katarasińska
– 61 lat, skończyła polonistykę na UŁ. Pracowała w łódzkich gazetach i telewizji. W Sejmie od 1991 roku. W ubiegłym roku zamieniła Unię Wolności na Platformę Obywatelską. Być może to ugrupowanie wysunie jej kandydaturę. Jeśli wygra, byłaby pierwszym prezydentem w spódnicy w historii Łodzi.

Andrzej Lepper
– 48 lat, absolwent technikum rolniczego, lider Samoobrony. Na pytanie, kogo ostatecznie mamy umieścić na naszej liście jako kandydata na fotel prezydenta Łodzi – jego, czy posła Samoobrony Łyżwińskiego, Lepper odparł: – Mnie!
Zapowiadał już start w wyborach prezydenckich w Warszawie i Szczecinie.

Urszula Krupa
– 52 lata, doktor nauk medycznych. Współpracuje z Radiem Maryja. Została posłem z Ligi Polskich Rodzin. Kiedy tuż przed wyjazdem na inauguracyjne posiedzenie Sejmu spytaliśmy ją, jaką z tej okazji założy kreację, odparła, że pojedzie zwyczajnie ubrana, bo od stroju ważniejsze są ideowe przekonania.

Krzysztof Rutkowski
– 42 lata, detektyw, do 1986 roku pracował w Milicji Obywatelskiej. Na pytanie, czy wystartuje w łódzkich wyborach prezydenckich, odpowiedział: – Nie potwierdzam i nie zaprzeczam. Pierwsza korzyść z jego prezydentury byłaby taka, że strażnicy miejscy nie musieliby pilnować dzień i noc przydzielonego mu służbowego auta.

Kto jeszcze ma szansę panować w Łodzi? Wróble ćwierkają o starcie „czarnych koni”, które mogą wyprzedzić na finiszu kandydatów z partyjnych nadań. Najczęściej wymieniani są: Urszula Gocał, prezes łódzkiej „Olimpii” i Jarosław Berger, rzecznik KW Policji. Jednym słowem – wszystko jest jeszcze możliwe.

Autor artykułu: bohdan dmochowski, elżbieta włodarczyk

Pojedynek gigantów

Wednesday, June 19th, 2002

Wszyscy, którzy budują, remontują oraz urządzają dom i ogród mogą się tylko cieszyć. W odległości 100 metrów od Praktikera, łódzkiego giganta z budowlanymi artykułami, wyrosła druga potęga w tej branży – Castorama. Obydwa giganty już walczą o klienta.

Praktiker z niemieckiej sieci wystartował z mocną kontrą nie czekając na otwarcie Cas-toramy. Z ogromnej reklamy na froncie tego hipermarketu dowiedzieć się można: „W naszej promocji od 17 czerwca obniżamy ceny… – o 30, 40, 50 procent”.

Castorama z francuskiej sieci nie pozostaje dłużna. „U nas nie ma promocji! Niskie ceny mamy przez cały rok!” – obwieszcza. I podkreśla, że w wielkiej hali o powierzchni 12 tysięcy m kw. handluje się 50 tysiącami artykułów potrzebnych do budowy, remontu i urządzenia domu oraz ogrodu.

Wczoraj, w przededniu otwarcia, w Castoramie trwał gorączkowy ruch. Jej łódzki szef, Józef Wójcik miał płomień w oku i ani sekundy na rozmowy. Przed hipermarketem robotnicy układali kostkę, plantowali ziemię na skwerach, sadzili krzaczki i drzewka. Gotowy już był parking dla 300 samochodów.

W tym samym czasie Praktiker przywabił spory tłum klientów kiermaszem glazury i terakoty w cenie o 50 procent niższej.
„Castorama dla każdego” i „Zrób to z nami” – kuszą plakaty reklamowe.

„Praktiker da radę” – odparowują sąsiedzi. W hali tego hipermarketu co kilka metrów wiszą wielkie transparenty z napisem: PROMOCJA. Na meblach widoczne są z daleka,wyklejone na czerwono ceny drewnianych mebli, które mają oszołomić klienta, tak są niskie.

W Castoramie zapewniają, że są najtańsi. „Zawsze gwarantujemy najniższe ceny! Jeśli w ciągu 15 dni od daty zakupu znajdą Państwo w innym miejscu taki sam, tańszy produkt, to zwrócimy różnicę w gotówce (po okazaniu dowodu zakupu z Castoramy. Tutaj są pewni, że ich propozycje przyciągną tłumy klientów. W dniu otwarcia dodatkowym wabikiem ma być obecność– Adama Słodowego, słynnego z telewizyjnych programów poradnikowych.

U sąsiadów są zapewne nieco oszołomieni. Szefowie centrali Praktikera nie chcieli lub nie potrafili odpowiedzieć nam na dwa proste pytania: jaką przyjmą strategię gdy w ich bezpośrednim sąsiedztwie wyrósł tak potężny konkurent i co zrobią, żeby nie stracić klientów.

– Ja tam nie narzekam – mówi młody mężczyzna, który remontuje swoje mieszkanie w bloku na Widzewie i przyjechał do „Praktikera”, żeby wybrać panele podłogowe. – Poczekam do otwarcia tego drugiego hipermarketu, a panele kupię tam, gdzie są tańsze i w lepszym gatunku.

Autor artykułu: (gz)