- Jaka jest aktualnie sytuacja ŁKS?
Prezes klubu – Roman Stępień: W zeszłym roku przeżyliśmy z ŁKS śmierć kliniczną. Ale potrafiliśmy sami się reanimować. I sądzę, że tak źle już nie będzie, a wręcz przeciwnie będzie lepiej. Nie jest łatwo, wręcz nadal jest bardzo ciężko, ale sądzę, że mamy tylu przyjaciół, ludzi, którzy nam pomagają, że będzie szło ku lepszemu.
- Jednak zaczynacie sportową działalność roku 2002 od… braku pieniędzy Co zatem będzie dalej?
- Nie ma klubu w Polsce, który by na początku roku nie przeżywał okresowych trudności finansowych. Wiadomo, że nie mamy żadnego strategicznego sponsora. Przełom roku jest dla wszystkich bardzo trudny. Wiele przedsiębiorstw i instytucji, które nas wspierają, muszą zamknąć finansowo rok i go otworzyć. Popłacić swoje świadczenia i zobowiązania, żeby pomyśleć o przekazaniu choćby złotówki na rzez klubu. Każdego, kto zechce przyjść nam z pomocą, przyjmiemy z otwartymi rękami!
- Mimo braku kasy, sportowa działalność nie zamiera, ba w futbolu potraficie pozyskać nowych graczy.
- To najlepszy dowód na to, że jesteśmy wiarygodnym kontrahentem, z którym warto współpracować.
- Piłkarze, którzy nie otrzymali swoich pieniędzy, myśleli o strajku?
- Ale dogadujemy się z nimi i sądzę, że się dogadamy. Potrafiliśmy wcześniej to zrobić. Nawet w znacznie gorszej sytuacji. Gdy tylko będziemy dysponować gotówką, natychmiast uregulujemy wszystkie zobowiązania.
- A czy miasto nie może wam pomóc?
- Miasto, a zwłaszcza osobiście prezydent Panas, bardzo nam pomaga w tym, żeby utrzymć przy życiu sekcje siatkówki i koszykówki. Sądzę, że dzięki jego staraniom one nadal będą mogły funkcjonować. Takiej przychylności ze strony najwyższych władz miasta dla ŁKS dawno nie było.
- A kto pomoże piłce?
- Sądzę, że sobie damy radę. Jest to tylko kwestią czasu. Myślimy, żeby jednka pchnąć Radka Matusiaka do Belgii i zyskać trochę pieniędzy, ale w pierwszym momencie nam Lubański przyblokował całą sprawę.
- Weszliście na jego teren menedżerskiego działania i się w ten sposób odpłacił pięknym za nadobne.
- Ale my chcieliśmy z nim postępować lojalnie. Nie podpisaliśmy żadnej umowy, ale rok temu przedstawiliśmy mu listę naszych zawodników. On mówił, że pomoże. I przez rok nic nie zrobił. Musieliśmy postawić na kogoś innego.
- Czy macie podpisane menedżerskie umowy?
- Tak, z menedżerami z licencją FIFA: Nowakowskim, Profusem, Popovicem i oni mają szukać dobrych klubów dla naszych najzdolniejszych graczy. Jeden dobry transfer do zachodniego klubu pozwoliby nam na spokojne funkcjonowanie przynajmniej przez rok.
- Orlen chciał pozyskać Adriana Napierałę.
- Nie będziemy jednak oddawali zawodników za przysłowiową czapkę gruszek. Orlen gotów był zapłacić za Napierałę 400 tys. zł, płatne na dodatek w czterech ratach. To śmiesznie niska propozycja. Jasne, te pieniądze pozwoliby pospłacać nasze długi i jeszcze by zostało, ale nikt nas nie będzie wykorzystywać, gdy znaleźliśmy się pod ścianą. Wolimy cieprieć, ale przeżyjemy i poczekamy na znacznie bardziej atrakcyjną ofertę dla Adriana.
- Jak będzie wyglądała polityka transferowa w zespole?
– Uważam, że mamy szeroką i wyrównaną kadrę zawodników. Dla przykładu do gry w środku II linii kandyduje dziś… nawet dziewięciu zawodników. A tam są trzy, najwyżej cztery pozycje do obsadzenia. Jeśli ktoś będzie chciał odejść do innego klubu, my nie będziemy robili z tego problemu. Musi jednak to być uczciwa oferta transferowa. Nasza piłkarska polityka jest bardzo przejrzysta – stawiamy na ambitnych ludzi, którzy najpierw mówią, że chcą grać, chcą się wypromować, a potem rozmawiają o pieniądzach.
Autor artykułu: (pas)