Archive for October, 2001

Komórki dla policji

Wednesday, October 24th, 2001

Łódzka komenda policji zmieniła operatora sieci komórkowej.
Dotychczasowe warunki użytkowania telefonów komórkowych były bardzo niekorzystne – poinformował nas nadkom. Dariusz Krawczyk, rzecznik prasowy KMP w Łodzi.

Nowy operator przez pierwsze 4 miesiące zwolnił komendę z opłat abonamentowych. Szacuje się, że w tym czasie policja zaoszczędzi ponad 20 tys. zł.

W łódzkiej policji służbowe komórki ma 53 policjantów. Są to komendat miejski i jego zastępcy, naczelnicy sekcji, komendanci komisariatów oraz ważniejsi funkcjonariusze służby kryminalnej i dochodzeniowej. Na koszt podatnika mogą w miesiącu rozmawiać przez 2 godz. Jeżeli przekroczą ten limit, nadwyżkę muszą uregulować z własnej kieszeni.

Autor artykułu: (em)

Polskie leki są tańsze

Tuesday, October 23rd, 2001

Wystarczy zwykłe przeziębienie czy ból głowy, jedna wizyta w aptece i zakup kilku leków, a nasz portfel staje się lżejszy o kilkadziesiąt złotych. Nie zawsze musi tak być! Większość drogich leków ma tańsze odpowiedniki, które najczęściej działają tak samo skutecznie.

- Radzę kupować polskie leki – mówi dr Wojciech Giermaziak, farmakolog, prezes Okręgowej Izby Aptekarskiej w Łodzi. – Kosztują mniej, ponieważ nie są obciążone podatkami: granicznym i od importu. Zagraniczny producent spodziewa się też wyższego zysku niż polskie zakłady farmaceutyczne.

A w samej aptece, choć marże ustanowione są na tym samym poziomie procentowym, to jednak przy wyższej cenie wyjściowej, podnoszą cenę leku o więcej niż w przypadku polskich preparatów.

Mocno reklamowany i cieszący się ostatnio dużą popularnością Ibuprom o działaniu przeciwzapalnym i przeciwbólowym kosztuje 13, 53 zł (50 tabl.). Jego polski odpowiednik Ibuprofen – 7,84 zł, przy czym opakowanie zawiera o 10 tabletek więcej, a jeśli lek zostanie przepisany przez lekarza, chory zapłaci tylko 2,50 zł.

Alergikom znakomicie znany jest odczulający Zyrtec za 12,70 zł (7 tabl.), tymczasem już za połowę ceny (6 zł) mogliby nabyć tak samo działający Allertec. Zagraniczny Cebion kosztuje 12,76 zł za 30 ml, polski Invit C – 7,93 zł za 40 ml, zaś pod obiema tymi nazwami kryje się po prostu witamina C.

Polskie odpowiedniki leków zachodnich zawierają dokładnie tę samą substancję aktywną. W zasadzie ich działanie nie powinno się różnić (i zwykle się nie różni), choć producent zawsze może poprawić biodostępność preparatu (czyli jego działanie na organizm).

Przykładem może być tutaj polska Polopiryna C (7,75 zł za 10 tabletek) ze Starogardu Gdańskiego. Ten sam kwas acetylosalicylowy, który stanowi bazę Polopiryny C zakład w Starogardzie sprzedaje także firmie Bayer, a ta produkuje z niego jeden z najbardziej znanych w świecie specyfików – Aspirin. I choć w zagranicznej Aspirynie jest ten sam kwas, co w polskiej Polopirynie, różnica między ich cenami wynosi aż 5 zł! Jest jednak wiele osób, które bez gadania dopłacają te 5 zł, ponieważ ich zdaniem, droższy lek lepiej na nie działa.

Zdaniem farmakologów działania niepożądane mogą pojawić się zarówno po lekach drogich, jak i po ich tańszych odpowiednikach. Nie ma na to reguły.

Autor artykułu: (ag)

„Na czarno”

Tuesday, October 23rd, 2001

W Łódzkiem rośnie liczba cudzoziemców starających się o pracę, podejmujących działalność gospodarczą i naukę.

Niestety, coraz więcej z nich pracuje „na czarno” i jest wydalanych z Polski. Tylko w tym roku wydalono z Polski prawie 250 obcokrajowców przebywających w Łodzi lub na terenie województwa. – Większość przyjeżdża w ramach ruchu bezwizowego – tłumaczy Sławomir Wasilczyk, dyrektor Wydziału Spraw Paszportowych i Cudzoziemców Urzędu Wojewódzkiego. – Pracę podejmują głównie w rolnictwie, budownictwie i zakładach szwalniczych.

Liczy się zysk

Kilka dni temu na terenie posesji przy ul. Radwańskiej zatrzymano dwóch obywateli Ukrainy – 41 i 37-latka.

Wykonywali prace budowlane, szklili okna, sprzątali i pilnowali posesji. Właściciel kamienicy dawał im darmowy nocleg, wyżywienie i niewielkie kieszonkowe. Za dwa miesiące pracy jeden dostał 50 zł, drugi 80 zł. Polskę odwiedzali od trzech lat, co 3 miesiące.

62-letni właściciel posesji przy ulicy Malowniczej zatrudniał 6 przybyszów z Ukrainy (w wieku od 22 do 43 lat). Wszyscy pracowali przy budowie jego domu. „Na czarno” pracowali również Ukraińcy w gospodarstwie ogrodniczym przy ul. Kosodrzewiny.

- Ci, którzy zatrudniają cudzoziemców „na czarno” nie robią tego z dobrego serca, dla nich przede wszystkim liczy się zysk- zaznacza dyr. Sławomir Wasilczyk. – Każą pracować w nieludzkich warunkach, za bardzo marną zapłatę.

Nielegalne szwalnie

W tym roku jedną z większych w Łodzi nielegalnych szwalni zlikwidowano pod koniec marca. Mieściła się w domku jednorodzinnym przy ul. Kolumny. Zatrzymano 9 Ukrainek, 10 Polek i 44-letniego właściciela „zakładu”. Policjanci z komisariatu na Rudzie bez problemów dostali się na teren posesji. Gospodarz był tak pewny swego, że nawet nie zamknął bramy.

- Obstawiliśmy dom i jeden z kolegów zastukał do drzwi – opowiada funkcjonariusz biorący udział w akcji. – Gdy powiedział, że jesteśmy z policji w sekundzie zaryglowano drzwi. Aby dostać się do środka, musieliśmy użyć siły i wyważyć drzwi.

Pomieszczenia produkcyjne mieściły się na parterze, w dwóch ciasnych pokojach, wyposażonych w kilkanaście maszyn. Szyto w nich bluzki i damską bieliznę.

Obok mieściły się „pomieszczenia socjalne” dla załogi. Za kuchnię służyło obskurne pomieszczenie, wyposażone w rozlatujący się sprzęt. Sypialnię dla cudzoziemek urządzono w zagrzybionym pokoju, zastawionym piętrowymi, wojskowymi łóżkami. Spały bez pościeli, na zbutwiałych materacach, pod brudnymi kocami i kołdrami.

Ukrainki przyjechały do Łodzi ze Lwowa. Kilka z nich na początku lutego, inne 3, 4 dni wcześniej, by zastąpić koleżanki, które już zakończyły pobyt w Polsce.

Adres „zakładu” otrzymały we Lwowie, od znajomych.
Sygnały, że 44-latek prowadzi nielegalną działalność docierały do komisariatu przy ul. 3 Maja już wcześniej.

Według jednej z nich miał nawet zatrudniać przybyszów z za wschodniej granicy do urządzania ogrodów dla zamożnych właścicieli prywatnych posesji. Często jednak przenosił swoją firmę w różne miejsca i trudno było wpaść na jego ślad.

Namierzono go dopiero, gdy wynajął dom przy ul. Kolumny. Za podrabianie znaków towarowych był skazany na karę więzienia w zawieszeniu na dwa lata.

Nieco wcześniej zatrzymano 52 Ukraińców pracujących nielegalnie w szwalni w Cyprjanowie, w pow. zgierskim.

- Gdy policja, przedstawiciele Urzędu Skarbowego i urzędu zatrudnienia pojawili się na terenie gospodarstwa 37-letniego mężczyzny cudzoziemcy byli zajęci szyciem zimowych kurtek – opowiada młodszy aspirant Magdalena Złotnicka z Komendy Powiatowej Policji w Zgierzu. – Pracowało 5 mężczyzn i 47 kobiet, w wieku od 20 do 50 lat.

Pomieszczenia produkcyjne, krojownia i magazyn wyrobów gotowych mieściły się w parterowym budynku. Znaleziono tam 178 kurtek i 2100 kostiumów kąpielowych.

Zalotne „tirówki”

Jedną trzecią osób wydalanych z Polski stanowią prostytutki. Wśród nich najwięcej jest Bułgarek i Ukrainek. Kuso ubrane cudzoziemki machające zalotnie na kierowców można spotkać przy trasach wylotowych z Łodzi i każdej ważniejszej drodze w województwie – „gierkówce”, trasie Poznań – Warszawa, z Łodzi do Wrocławia. Na klientów polują w pobliżu parkingów, przydrożnych zajazdów, hoteli, restauracji. Niedawno w hotelu koło Ujazdu zatrzymano 10 bułgarskich prostytutek i 4 ich sutenerów.

Wszystkie „pracowały” przy „gierkówce”. Kilka z nich było już wydalonych z Polski. W tym roku pojawiły się ponownie z nowymi paszportami, wystawionymi na inne nazwiska. Sprawa wyszła na jaw, gdy jedna z „dziewczyn” po sprzeczce z „opiekunem” uciekła z hotelu. Powiadomiła policję, że była gwałcona, bita i grożono jej śmiercią, gdy odmawiała świadczenia usług seksualnych.

- To zorganizowany biznes – zaznacza dyr. Sławomir Wasilczyk. – Gdy jedne „panienki” są deportowane, pojawiają się nastęne. Z ustaleń policji wynika, że handlem „żywym towarem” trudnią się wyspecjalizowane gangi, a ich kurierzy samochodami dowożą dziewczyny.

Ostatnio policjanci z Tomaszowa i Łodzi zatrzymali 17 przybyszów z Bułgarii (5 mężczyzn i 12 kobiet), którzy zajmowali się nielegalnym handlem, stręczycielstwem i prostytucją. Trzy panie do policyjnej izby zatrzymań trafiły z „gierkówki”, inne z hoteli w Tomaszowie i Niewiadowie. Wszystkie mogły się wylegitymować tylko skserowanymi paszportami. Oryginały przechowywali ich opiekunowie.

Zgodnie z prawem

- Cudzoziemcy, którzy chcą przedłużyć pobyt w Polsce najczęściej wnioski motywują względami rodzinnymi, turystycznymi, prowadzoną działalnością gospodarczą lub kontynuowaniem nauki – mówi Janusz Dymczak, zastępca dyrektora Wydziału Spraw Paszportowych i Cudzoziemców. – Nie odmawiamy, jeśli obcokrajowiec ma gdzie mieszkać i posiada wystarczające środki na utrzymanie. Ważną rolę odgrywają również względy humanitarne i osobiste.

Kiedyś o kartę czasowego pobytu ubiegał się obywatel Chin – kontynuuje. – Zapewniał, że pod Pabianicami będzie prowadził hodowlę rzadkich grzybów jadalnych. Sprawdziliśmy wiarygodność jego deklaracji. Niestety, w halach gdzie miały rosnąć grzyby, stały palety z odzieżą sprowadzoną z Chin.

- Zatrudnianie cudzoziemców „na czarno” to dla wielu osób doskonały biznes – dodaje dyrektor Sławomir Wasilczyk. – Dlatego też wszystkie decyzje o przeprowadzeniu działań przeciwko obcokrajowcom naruszającym prawo zapadają w bardzo wąskim gronie. Szczegóły zna zaledwie kilka osób z ramienia Urzędu Wojewódzkiego, Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi i Kontroli Legalności Zatrudnienia.

Zgodnie z prawem każdy obcokrajowiec przyłapany na pracy „na czarno” otrzymuje do ręki decyzję o wydaleniu z Polski, a do jego paszportu wbijana jest pieczęć z informacją na ten temat. Do granicy odstawiany jest w konwoju policyjnym. Wcześniej jednak przechodzi obowiązkowe badania lekarskie i na drogę otrzymuje pełne wyżywienie i środki higieny. Wydalani na koszt Skarbu Państwa, mają zakaz wjazdu do Polski na 5 lat. Jeżeli sami opłacą koszty wydalenia – na 3 lata.

- W Polsce funkcjonuje elektroniczny system ewidencji cudzoziemców – zaznacza dyrektor Sławomir Wasilczyk. – Rejestruje wszystkich obcokrajowców, którzy starają się o wizę, kartę czasowego, stałego pobytu, wystawiają zaproszenia, a także tych, którzy są wydalani lub deportowani z kraju.

Autor artykułu: (em)

Ostatni dzień plakatów wyborczych

Tuesday, October 23rd, 2001

Dziś powinny zniknąć z ulic i budynków wszystkie plakaty wyborcze. Zgodnie z ordynacją usunąć je powinny komitety wyborcze w terminie 30 dni po dniu wyborów. Jeżeli tego nie zrobią, może to za nich zrobić gmina, ale na ich koszt.

- Tam gdzie plakaty nie zostaną usunięte będziemy ustalać osoby odpowiedzialne za ich rozwieszanie i obciążymy je mandatem. Poza tym właściciel budynku, na którym są rozwieszone może dochodzić zwrotu kosztów ich usunięcia od danego komitetu wyborczego – mówi Sławomir Seliga, komendant Straży Miejskiej.

Autor artykułu: (mal)

10.000 zł na nałogowców ze szkół podstawowych

Saturday, October 20th, 2001

Dziesięć tysięcy złotych wyda miasto na to, by wpierw wyłowić w łódzkich szkołach komputerowych nałogowców a potem ich leczyć – Zarząd Miasta zdecydował bowiem, że wprowadzi w życie program „profilaktyczno-terapeutyczny dla osób uzależnionych od komputera (internet, gry)”.

Kto poddany zostanie „odwykowi”, o tym zdecydują wyniki testów, jakim już w listopadzie i grudniu poddanych zostanie 4 tysiące uczniów od podstawówek wzwyż. Taki test zawiera 12 pytań. Za komputerowego nałogowca uznany może być ten, kto da przynajmniej połowę twierdzących odpowiedzi. Jedno z pytań – „czy często oglądasz strony o treści erotycznej?”, inne – „czy często pieką cię oczy?”
Leczeniem z komputerowego nałogu zajmą się od nowego roku psychologowie w miejskim ośrodku terapii i leczenia uzależnień.

Autor artykułu: (kow.)

Zatrzymał pociąg własną piersią

Saturday, October 20th, 2001

Do niecodziennego wypadku doszło wczoraj około piątej nad ranem na przejeździe kolejowym w miejscowości Kamieńsk (gmina Głowno). Na skutek awarii silnika na torach unieruchomiony został fiat 126p z przyczepą. Kierujący autem 43-letni Stanisław S. odpiął przyczepę i zepchnął na bok. Z samochodem nie mógł sobie jednak sam poradzić.

Zamknął więc pojazd na klucz i poszedł szukać pomocy w pobliskich domostwach. Kiedy wrócił, zauważył nadjeżdżający pociąg. Nie pomyślawszy wiele, wskoczył na tory i osłaniając auto własną „piersią” dawał znaki maszyniście, żeby zatrzymał skład.

Pociąg zaczął hamować, ale zanim zdążył stanąć w miejscu, przód lokomotowy uderzył Stanisława S. oraz jego samochód. Mężczyzna z licznymi obrażeniami został przewieziony do Specjalistycznego Szpitala Wojewódzkiego w Zgierzu. Ma złamaną miednicę, rękę, stłuczone płuca oraz wstrząs mózgu.

Autor artykułu: (dj)

Amerykańskie firmy milczą o wągliku

Saturday, October 20th, 2001

Szefowie i przedstawiciele amerykańskich firm w Łodzi na ogół nie chcą odpowiadać na temat tego jakie środki ostrożności przedsięwzięli i czy w ogóle w jakikolwiek sposób zabezpieczyli siebie oraz swych pracowników (a tym samym wszystkich, którzy mają lub mogą mieć z nimi kontakt) przed możliwym zagrożeniem.

- Nie dajmy się zwariować – uważa szef przedsiębiorstwa z branży instalacyjnej, przyznający, że choć odbiera sporo korespondencji zza oceanu to nie sprawdza jej w żaden sposób – Nie rozdmuchujmy sztucznie problemu – mówi. – Zresztą lepiej w ogóle o tym nie pisać. Nie mamy w firmie ani jednego Amerykanina. Pracują tu sami Polacy.
Żąda jednak, by nie podawać nazwy ani adresu firmy. Jak mówi:

- Nie wiadomo w końcu, co komu może przyjść do głowy…

- Nie mam na ten temat nic do powiedzenia – słyszymy też od jednego z szefów w Gilette. – O jakiekolwiek komentarze możecie poprosić jedynie szefa. Będzie za trzy dni…

Wygląda więc na to, że nasza administracja też nie pomyślała o tym, by spróbować skłonić odbiorców przesyłek z Ameryki do ostrożności.

- Pracownicy łódzkich restauracji McDonalds nie chcą mówić o wąglikowych zagrożeniach. Odsyłają do warszawskiego rzecznika koncernu Krzysztofa Kłapy. Ten jednak był wczoraj nie do zastania. Mimo obietnic jego sekretarki, nie skontaktował się z Expressem.

Inaczej do zagrożenia podchodzi Dariusz Gębarowski, szef Asco Jucomatic.

- Nie otrzymujemy wprawdzie korespondencji ze Stanów, ale rozmawiałem już z pracownikami na temat zagrożeń – mówi dyrektor. – Prosiłem, by nie otwierali podejrzanych przesyłek i powiadamiali mnie o wypadkach, gdy do firmy przyjdzie korespondencja spoza stałych, sprawdzonych źródeł. Gdy dostaniemy coś takiego pewnie najpierw powiadomię Sanepid, nie policję.

Cóż… dyrektor Gębarowski poracuje jednak w firmie holenderskiej…

Autor artykułu: (kow.)

Chcą zniszczyć ChKS?

Thursday, October 18th, 2001

Zarząd Chojeńskiego Klubu Sportowego nie chce poddać się komunalizacji, o którą zabiegają sportowe władze Łodzi. Wystąpił o dzierżawę wieczystą gruntów i obiektów sportowych, którymi dysponuje. Zamiast odpowiedzi stał się celem działań zmierzających do unicestwienia klubu. Jeszcze w ubiegłym roku ChKS wystąpił do Urzędu Miasta o dzierżawę wieczystą gruntów, na których znajdują się jego sportowe obiekty.

Odpowiedzi nie ma do dzisiaj i w świetle obowiązującego prawa chojeński klub nabył do nich prawa (taki wyrok powinien wydać sąd, jeżeli przez miesiąc czasu od daty złożenia pisma klub nie otrzyma pozytywnej bądź negatywnej decyzji). Zarząd nie składa sprawy do rozpatrzenia organom sądowym, ponieważ cały czas liczy na to, że ktoś z Urzędu Miasta wreszcie mu oficjalnie odpowie.

Nieoficjalne efekty złożenia podania o wieczystą dzierżawę ChKS odczuwa na co dzień. Nagle po wielu latach współpracy klubu z ZSO nr 5, we wrześniu bieżącego roku szkoła zrezygnowała z wynajmowania sal sportowych w celu prowadzenia lekcji wychowania fizycznego dla swoich uczniów. Zajęcia prowadzone są w prywatnej siłowni, znajdującej się na terenie ChKS i w terenie.

Dzieci nie są zadowolone z takiej decyzji. Same przychodzą do dyrekcji klubu prosić, by klasa mogła mieć wf na sali. Otrzymują zgodę, bo przecież dyrektorem klubu jest wychowawca i trener Piotr Czaplarski, któremu na sercu leży dobro dzieci.

Zarząd klubu chce spotkać się z przedstawicielami Wydziału Edukacji, ZSO nr 5, rodzicami uczniów i wyjaśnić całą sytuację. Odzewu na złożoną propozycję takiej rozmowy do dzisiaj nie ma.

Szkoła, a raczej Wydział Edukacji i Sportu Urzędu Miasta jest winien klubowi za zeszłoroczne lekcje na sali ponad 17 tys. złotych. Klub cierpliwie czeka na pieniądze, mimo że termin wypłaty obiecany przez dyrektora wydziału Mieczysława Wojakowskiego już upłynął. Mógłby się dopominać odsetek, skierować sprawę do sądu, ale tego nie zrobił. W zamian otrzymał pismo z Oddziału ds. Egzekucji Należności Miasta Wydziału Finansowego Urzędu Miasta Łodzi o natychmiastowe zapłacenie: „należności głównej 1655,62 zł za dzierżawienie boiska, 2251,30 zł odsetek, 1141,20 zł tytułem zwrotu kosztów postępowania i 106 zł tytułem kosztów klauzuli wykonalności. Za dobre serce to rzeczywiście szczodra zapłata”.

Wcześniej prezes ChKS rozmawiał o tej sprawie, ale w Urzędzie poradzono mu, by z wpłatą się wstrzymał, bo podobnych historii jest wiele w Łodzi i będą załatwione kompleksowo. Teraz uważa, że celowo został wprowadzony w błąd przez ludzi odpowiadających za łódzki sport.
Chyba jednak włodarze sportu w Łodzi rzeczywiście nie lubią ChKS. Zgłaszają się do klubu osoby, chcące zorganizować w hali przy ul. Kosynierów Gdyńskich imprezy sportowe.

Zostają przeprowadzone rozmowy o szczegółach, akceptowane są warunki, ale po rozmowach organizatorów z władzami miasta okazuje się, że… impreza odbędzie się, ale nie na ChKS, tylko np. w hali przy ul. Sobolowej. Organizatorzy płacą za wynajem sali drożej, ale za pomoc finansową i życzliwość urzędników postępują według ich życzenia.
A przecież ludzie pracujący w urzędzie dysponują pieniędzmi, których są tylko redystrybutorami, tzn. je rozdzielają. Powinni to robić dla dobra sportu, także dla ChKS, ale klub opieki i życzliwości ze strony miasta nie odczuwa. Wręcz przeciwnie działacze podają wiele przykładów działania urzędników zmierzającego do unicestwienia klubu. Przytaczają nazwiska, rozmowy, daty, pokazują pisma.

Zarząd ChKS chce nadal działać tak prężnie jak do tej pory. Wyprowadził klub z długów. Odnosi sportowe sukcesy. Drużyny piłkarskie juniorów znajdują się na czołowych miejscach w lidze wojewódzkiej, boiska wypełnione są dziećmi.
Klub cały czas liczy na porozumienie z Urzędem Miasta. Chce spotkać się z jego przedstawicielami i dogadać we wszystkich sprawach. My chętnie w takim spotkaniu będziemy uczestniczyć.

Autor artykułu: (m)

Tramwaje inaczej

Thursday, October 18th, 2001

W piątek MPK rozpoczyna roboty torowe na al. Włókniarzy (od ul. Legionów do Srebrzyńskiej). Od 19 do 21 października (niedziela) zmienione zostaną trasy tramwajów linii 8 i 13.
l 8 pojedzie z ul. Augustów do skrzyżowania Mickiewicza-Kościuszki bez zmian, a następnie al. Kościuszki, ul. Zachodnią, Limanowskiego i dalej właściwą trasą;
l 13 z ul. Śląskiej do skrzyżowania Narutowicza-Kilińskiego bez zmian, a dalej ulicami: Kilińskiego, Północną, Ogrodową, Zachodnią, Limanowskiego i wróci na właściwą trasę.

Na odcinku pozbawionym komunikacji tramwajowej pojawią się autobusy zastępcze. Linia Z-2 jeździć będzie z dworca Łódź Żabieniec ulicami: Limanowskiego, al. Włókniarzy, Mickiewicza, Piłsudskiego do ul. Sienkiewicza i z poworotem al. Piłsudskiego, Mickiewicza, Włókniarzy, Wielkopolską do dworca na Żabieńcu.

Autobusy będą kursować co 9 minut w godzinach szczytu i co 15 minut poza szczytem i w dni wolne od pracy. Będą stawać na przystankach autobusowych i na wysokości przystanków tramwajowych.

Autor artykułu: (SiM)

Sędziowanie na końcu świata

Thursday, October 18th, 2001

Łódzki arbiter Konrad Sapela jako jeden z czterech Europejczyków był sędzią liniowym piłkarskich mistrzostw świata. Gdzie? Na końcu świata. W Trynidadzie i Tobago spędził 24 dni. Zacznijmy od prostego pytania: jak długo się tam leci?

Konrad Sapela: Najpierw dwie godziny do Londynu, a potem dziesięć godzin przez Atlantyk. Przylecieliśmy do Trynidadu trzy dni przed rozpoczęciem mistrzowskiego turnieju, żeby mieć czas na aklimatyzację. Wysiedliśmy z samolotu i przeżyłem szok. Wilgotność tam jest taka, że poczułem się jakbym wylądował w… saunie. Nic dziwnego, że dostaliśmy dwa dni wolnego na przystosowanie się do tamtejszych warunków, a potem do pracy.

Trzeba było zdać

Czekały nas egzaminy kondycyjne. Już o 8 rano. Bowiem w południe temperatura dochodziła do 40 stopni Celsjusza. Przeszliśmy klasyczny test Coopera. Najpierw był bieg długi, 12 – minutowy, a potem biegi krótkie. Wszyscy zdali, bo byli po prostu do tego przygotowani. Trudno mi sobie wybrazić, żeby ktoś oblał ten egzamin. Czekałby go wielki wstyd. Powrót do domu na koszt rodzimej federacji, co mogłoby oznaczać koniec sędziowskiej kariery.

Mecze prowadziło 29 sędziów, w tym 3 kobiety, 7 arbitrów z Europy – 4 głównych i 3 asystentów. Byliśmy w prawdziwej sędziowskiej Wieży Babel. Arbitrzy z całego świata zgrupowani we wspólnym kociołku, jednym hotelu. Co kilka dni zbierała się komisja sędziowska FIFA, która obsadzała poszczególne mecze. Arbitrzy potrafią szybko się integrować. Uważam, że stanowiliśmy zgraną grupę. Ja poznałem kilku fajnych ludzi. Mam teraz nowych przyjaciół w różnych zakątkach świata.

Pomyłka obserwatora

W sumie prowadziłem na linii pięć spotkań. Ostatnie spotkanie prowadziłem w ćwierćfinale. Był to mecz Argentyna – Mali. Moje cztery mecze w fazie rozgrywek grupowych oceniono bardzo wysoko. Mogłem się spodziewać od komisji sędziowskiej dobrej noty. Za ćwierćfinał dostałem bardzo niską notę i mogę z ręką na sercu powiedzieć, że była to wina… obserwatora. Zarzucił mi, że nie pokazałem czterech spalonych.

Dwa dni po feralnym meczu dokładnie przeanalizowałem go na wideo i okazało się, że we wszystkich kontrowersyjnych wypadkach to ja miałem rację. Klamka zapadła. Oceny nie udało się już zmienić. A tak być może sędziowałbym i mecz finałowy. Pokazałem tę kasetę członkowi komisji sędziowskiej z Europy. On przyznał mi rację. I zapewnił, że ocena z meczu ćwierćfinałowego nie będzie brana pod uwagę przy podsumowywaniu mojej pracy na mistrzostwach.

Młode gwiazdy

Ci juniorzy, którzy grali w mistrzostwach to mali zawodowcy, często umiejętnościami zdecydowanie przerastają naszych ligowych zawodników. Jeden z Brazylijczyków został sprzedany po turnieju za 8 milionów dolarów, trzech Francuzów za trzy. Te mistrzostwa to także wielkie targowisko. Specyficznie prowadziło mi się mecze drużyn afrykańskich. W ich grze jest dużo walki i częstego przekraczania przepisów. W trakcie turnieju do większych incydentów nie doszło. Mistrzostwa przebiegały w duchu fair – play.

Mieli swoje 5 minut

Spotkania cieszyły się wielkim zainteresowaniem publiczności. Mecze były rozgrywane na 5 stadionach, w tym czterech całkowicie nowych. Na mecze grupowe przychodziło po 5 – 10 tysięcy ludzi. Na najważniejszych spotkaniach było po 25 tysięcy żywiołowo reagujących kibiców. To wielki sukces, bo na mecze ligowe przychodzi tam najwyżej po 2 tysiące widzów. Dla Trynidadu i Tobago były to szczególne dni i to było widać! Oni doskonale widzieli, że dostali swoje 5 minut i starali się je maksymalnie wykorzystać.
Trynidad i Tobago to państwo składające się z dwóch wysepek.

My byliśmy w Trynidadzie. Gospodarze organizowali nam wolny czas. Pokazali nam ten kraj. Niektóre miejsca są tak śliczne, że aż trudno uwierzyć, że one naprawdę istnieją. Ludzie byli bardzo mili, życzliwi, przyjaźni. I bardzo dumni, że ich krajowi powierzono organizację tak prestiżowej imprezy. Nie musieliśmy się tak naprawdę martwić o nić.

Co będzie dalej?

To jest pierwszy krok w piłce z wyższej półki. Prowadzę zawody od 1991 roku. Mam 30 lat. Nigdy zawodowo w piłkę nie grałem, ale futbol był mi najbliższy. Sędziowanie jest jakąś furtką.

W sędziowskim fachu trudno cokolwiek zakładać czy planować. Wszystko się może zdarzyć. Jeszcze nie tak dawno przez myśl mi nie przeszło, że mogę prowadzić mecze Ligi Mistrzów, że będą sędziował na mistrzostwach świata w Trynidadzie i Tobago. Kto wie, co przyniesie przyszłość.

Moje hobby, nie da się ukryć, przeszkadza trochę w pracy zawodowej. Dzięki wyrozumiałości mojego szefa Ignacego Peteckiego, mogę funkcjonować i tu i tu. Mogę realizować swoje ambicje zawodowe i sportowe.

Wszystko to odbywa się niestety kosztem życia rodzinnego. Z żoną od trzech lat wybieramy się choćby na krótki wspólny weekend i wypad gdzieś w Polskę i nie mieliśmy do tej pory okazji.

Autor artykułu: (pas)