Co dzień i co noc cmentarzy komunalnych na Dołach i Zarzewie pilnują ochroniarze. Pracę zaczynają w różnych godzinach – tak, by złodzieje nigdy nie wiedzieli, kiedy mogą na nich natrafić.
29 cmentarnych hien już wpadło w ich ręce. Nie wszyscy przestępcy uciekali na widok munduru, niektórzy kradli patrząc ochroniarzom prosto w oczy. Andrzej Możyszek, kierownik działu administracji i spraw socjalnych Łódzkiego Zakładu Usług Komunalnych:
- Kradzieży było tyle, że musieliśmy poprosić o pomoc ochroniarzy.
Magdalena Waliszewska, kierowniczka cmentarza komunalnego na Dołach:
- Teraz ludzie czują się bezpiecznie. Ochroniarze przynoszą odzyskany łup do kancelarii, skąd okradzeni zabierają swoje rzeczy.
Helena Maciejewska, kierowniczka cmentarza na Zarzewie:
- Odkąd ci panowie pojawiają się na cmentarzu, nie mamy sygnałów o kradzieżach.
Zbigniew Ratajek, komendant rejonu koncesjonowanego biura detektywistycznego otwiera brulion z notatkami służbowymi:
- Trzy czwarte schwytanych złodziei to… kobiety. Jedna nie dość, że była poszukiwana listem gończym, to jeszcze miała wyrok w zawieszeniu za kradzieże. Wszyscy kradli, bo potrzebowali pieniędzy na wódkę.
Godzina 9.00: Bogusław Stawowski i Mirosław Tomczak wsiadają do służbowego samochodu. Pełne umundurowanie: czarny uniform z napisem „ochrona”, pałka, gaz, kajdanki, telefon komórkowy, nadajnik. Jadą na cmentarz komunalny na Dołach (powierzchnia 12 hektarów, 18 tysięcy nagrobków). Jeśli wszystko będzie w porządku, przeniosą się na Zarzew (10,5 ha, 24 tys. grobów).
Nie pada, więc sporo ludzi sprząta groby, pracownicy cmentarza odkurzają liście z alejek. Starsza pani zostawiła torebkę na pomniku i poszła po wodę. Druga położyła swoje rzeczy na ławce, kilka metrów dalej i zajęła się pracą.
- To okazja dla złodzieja – denerwują się detektywi. – Na zabranie takiej torebki wystarczy przecież ułamek sekundy!
Ochroniarze już nieraz gonili złodziei, którzy wypatrywali pozostawionych bez opieki rzeczy. Kilka razy udało się ich złapać, ale był i taki przypadek:
- Kobieta narobiła krzyku, że ją okradziono. Wstydziła się jednak przyznać, że pozostawiła torebkę byle gdzie. Zaczęła zmyślać, że ktoś ją napadł i opisywać, jak wyglądał.
Dopiero od świadka zdarzenia dowiedzieliśmy się, co stało się naprawdę i że… ofiara w ogóle nie widziała sprawcy – mówi Mirosław Tomczak.
Każdy patrol ochroniarze zaczynają od „zameldowania” się w elektronicznym rejestratorze czasu pracy. Małe urządzenia zamontowane są w kilku miejscach: na murze kaplicy, obudowie śmietnika, w oknie kancelarii, a nawet na płocie. Dzięki nim pracodawcy są w stanie sprawdzić, czy strażnicy stawili się do pracy i jak długo w niej byli.
Każdy przewrócony krzyż, nadłamaną tablicę trzeba opisać w notatce służbowej. Czasami to efekt wichury, ale czasem dzieło wandala. Można też spotkać bezdomnego, który lubi nocować na cmentarzu „bo cisza i spokój”. Trzy razy ochroniarze wyprowadzali też z nekropolii 22-letniego narkomana, który wąchał klej. Nie kradł, więc nie wezwano policji…
Antonina Kuc, która przyjechała z Głowna na grób wnuczki, chwali ochroniarzy.
- Odkąd tu są, kwiaty i znicze przestały ginąć. A było już tak, że obcinałyśmy z córką łodygi kwiatów na krótko, bo inaczej natychmiast ktoś je zabierał.
Dwie siostry: Kazimiera Ciach i Stanisława Fastudzin zawsze przychodzą na cmentarz razem.
- Boimy się przyjść samotnie. Na Kurczakach napadli kobietę, pobili ją i wyrwali torebkę. Widziałyśmy, jak płakała. Tutaj czujemy się bezpiecznie.
Nie wszyscy podzielają ich zdanie:
- Spokojnie jest tylko na głównej alei. Ja mam grób męża i rodziców na uboczu. Tu złodzieje nadal kradną. Ostatnio zabrali mi 4 znicze po 7-10 zł. Jestem emerytką. To dla mnie majątek – płacze Zofia Kokietek.
- Jest nas tylko dwóch, nie możemy być wszędzie. Zresztą jesteśmy w mundurach, złodzieje pilnują nas, a nie my ich – usprawiedliwiają się ochroniarze.
Alejką pod płotem spaceruje dwóch mężczyzn. Rozglądają się, ręce mają puste; bez siatek, kwiatów, zniczy.
- Jestem pewien, że przyszli polować na zostawione bez opieki torebki. Po tylu latach pracy to się czuje – mówi B. Stawowski.
Widok munduru sprawia, że mężczyźni odchodzą. Jednak nie wszystkich złodziei to odstrasza:
- Kiedyś o 4.00 rano dostrzegliśmy tu mężczyznę, który wyrywał z ziemi tuje. Spojrzał na nas obojętnie, wyrwał kolejną, otrzepał jakby nigdy nic – wspomina M. Tomczak.
Było i tak: Niezadowolony z łupu, złapany na gorącym uczynku złodziej kwiatów powiedział lekceważąco:
- Nie ma co brać, wszystko stare…
Z kolei kobieta schwytana z torbą pełną zniczy wykrzyknęła, gdy stróże odbierali jej rzeczy: „Ojej, ile flaszek mi przepadło”!
- Bo oni wszystko przeliczają na alkohol. Do skradzionych zniczy dolewają stearyny i sprzedają po 50 groszy – mówi Z. Ratajek, szef ochroniarzy. – Za 10 zniczy dostają 5 zł, czyli równowartość dwóch win.
Jak bardzo złodzieje czują się bezkarnie, może też świadczyć takie oto zdarzenie: O godzinie 3.55 na Zarzewie ochroniarze zobaczyli światełko w ciemnościach. Okazało się, że to nie zgaszony znicz w pełnej łupów reklamówce złodzieja…
Autor artykułu: Magdalena Grochowalska