Archive for October, 2001

3000 miejsc pracy dla bezrobotnych

Wednesday, October 31st, 2001

Około 3 tysięcy bezrobotnych łodzian znajdzie pracę w centrum biznesowo-usługowym „Nowy Świat”, które powstanie w dawnych zakładach bawełnianych przy ul. Ogrodowej. Zostaną zatrudnieni przy budowie obiektów, a także w sklepach, centrum mody i biurach. Inwestycji podjęła się francuska firma, która działa w Łodzi. Budowa „Nowego Świata” pochłonie 100 mln dolarów, które mają pożyczyć francuskie banki. Potrzebna jest jeszcze zgoda wojewódzkiego konserwatora zabytków, by można było rozpocząć prace. „Nowy Świat” będzie gotowy za dwa lata.

Autor artykułu: (ew)

Dariusz Zawadzki jednak w ŁKS!

Wednesday, October 31st, 2001

Od dłuższego już czasu ŁKS zabiegał o pozyskanie 19 – letniego wielce utalentowanego wychowanka Wisły Kraków, Dariusza Zawadzkiego, złotego medalisty mistrzostw Europy 2001. Przed paru tygodniami był on już przez 2 dni na treningach przy al. Unii, ale wówczas krakowska Wisła postawiła zaporową cenę transferową.

Obecnie obie strony doszły do porozumienia i dziś mają zostać załatwione wszystkie formalności związane z przejściem tego piłkarza do łódzkiego klubu. Jeżeli nie wynikną jakieś dodatkowe przeszkody to Dariusz Zawadzki wystąpi już w barwach ŁKS w najbliższym (sobotnim) meczu II – ligowym przeciwko Górnikowi Polkowice. Rozpocznie się on o godz.18 na boisku przy al. Unii.

Trener Dariusz Wójtowicz twierdzi, że przyjście tego zawodnika wzmocni znacznie linię rozgrywającą ŁKS. Jest on też bardzo dobrym wykonawcą stałych fragmentów gry.

Autor artykułu: (m. st.)

Premiera w „Arlekinie”

Monday, October 29th, 2001

Wiktor (Patryk Steczek) długie godziny spędza przed komputerem. Serfuje po internecie, podziwiając jego kolorowy świat. Wzbudza to zazdrość psa Klapa (Anna Zadęcka). Zwierzę wbrew zakazowi próbuje udowodnić, że przyciskanie klawiszy komputera to nic trudnego i nawet ono to potrafi. Klikając łapami na oślep wywołuje wirusa, który niszczy kolory, a czworonoga wciąga do cyberprzestrzeni. Psu pomóc może jedynie Wiktor, który przy okazji ma szansę zostać wybawcą całego internetu.

W Teatrze „Arlekin” powstała nowa bajka „Wiktor i Klap, czyli wyprawa po tęczowe kolory”. Tomasz Pietrasik opowiedział w niej historię zwyczajnego chłopca i jego niesfornego psa. Stworzył opowieść, w której udało się połączyć współczesne treści z poetyką klasycznej baśni. Wiktor przeżywa swoje przygody w wirtualnym świecie, skonstruowanym wedle zasad gry komputerowej. W tej bajce także nie brakuje dobrego ducha (Duch Internetu) uwięzionego w muszli i morału na zakończenie.

Dowcipne teksty, wpadające w ucho piosenki, kolorowe kostiumy i ogromne, górujące nad sceną lalki tworzą piękne widowisko z elementami kabaretu, musicalu i klasycznej baśni. Scenografia nie kończy się na scenie. Zamontowano specjalny pomost (niczym wybieg dla modelek), który kończył się w połowie widowni. Dzięki temu aktorzy (A. Gałaj, K. Kaleta, J. Pieczątkowski, M. Piotrowski, M. Truszczyński) grali wśród publiczności. Również dosłownie.

Bajkowe postacie niespodziewanie pojawiały się między rzędami, można było poczuć ich oddech i muśnięcia zwiewnych kostiumów, z bliska przyjrzeć się interesującym maskom i strojom. Joanna Hrk, stworzyła scenografię na miarę wirtualnego świata. Widzowie mogli czuć się jak w cyberprzestrzeni. I chociaż niektóre teksty zawierały odniesienia czytane jedynie przez dorosłych, bajka ma szansę stać się przebojem wśród najmłodszej publiczności.

Tym bardziej to cenne, że przedstawienie w całości sfinansował prywatny kapitał zgromadzony przez przedstawicieli „Victory Club”. Udało się stworzyć piękną opowieść na miarę teatru lalek, w którym nie ma miejsca na prywatne interesy, a jedynie na zachwyt najmłodszych widzów.

Autor artykułu: A. Jedlińska

Nie wiem, co się stało

Monday, October 29th, 2001

Na pomeczowej konferencji szkoleniowiec ŁKS Dariusz Wójtowicz, który ostatni tydzień spędził na kursie trenerskim, powiedział m.in.: „Nie wiem co się stało z drużyną ŁKS? To był jej najsłabszy występ, od kiedy z nią pracuję. Popełniliśmy stanowczo zbyt dużo błędów w tym meczu, zarówno w obronie, jak i w ataku. Brakowało nam precyzji w dokładnym rozgrywaniu piłki, agresywności i dokładniejszego krycia, a tym samym nie mogło być mowy o realizacji założeń taktycznych. Okazało się ponadto, że nasi piłkarze nie wytrzymują przyśpieszonego tempa rozgrywania meczów, trzech w ciągu tygodnia. Trzeba teraz poświęcić sporo czasu na odbudowę formy fizycznej i psychicznej zespołu. Gratuluję trenerowi Polaru odniesionego zwycięstwa”.

Trener Polaru Ryszard Urbanek: – Dzisiejszy sukces podbuduje moich piłkarzy psychicznie, pozwoli uwierzyć im w swe możliwości w przyszłych spotkaniach ligowych. Kluczem do naszego zwycięstwa w dzisiejszym meczu było opanowanie przez nas środka pola, co pozwoliło nam dyktować warunki gry. Zdołaliśmy wreszcie przełamać kryzys, jaki towarzyszył nam w ostatnich kilku tygodniach. Trener ŁKS – Dariusz WójtowiczNa boisku trzeba … myśleć!

- Czy ma pan pretensje do Marcina Narwojsza za to, że uderzył pana w twarz? – pytamy Marcina Krysińskiego.

- Nie mogę mieć pretensji, ponieważ z jego strony nie była to żadna złośliwość – odpowiada kapitan łódzkiej drużyny. Myśmy obaj przepychali się na polu bramkowym przy rzucie rożnym. I, jak to nie raz bywa, w ferworze walki otrzymałem silne uderzenie, po którym padłem na murawę. Sytuacja mogła być odwrotna.

- Dlaczego dzisiaj wypadliście w konfrontacji z Polarem kompromitująco słabo?

- O to trzeba zapytać trenerów. Od siebie mogę tylko dodać, że gra się nie tylko nogami, ale także głową. Na boisku trzeba myśleć.

Jakub Skrzypiec był jedynym piłkarzem ŁKS, który rozegrał mecz na przyzwoitym poziomie, chociaż niektórzy mieli pretensje do niego, że spóźnił się z interwencją przy stracie pierwszego gola.

- Spóźniłem się, ponieważ byłem zasłonięty przez kolegów i dopiero w ostatniej chwili zauważyłem lot piłki – tłumaczył się Skrzypiec. Jeżeli chodzi o rzut karny to dla bramkarza jest to przysłowiowy los na loterii.

Autor artykułu: (m. st.)

Beznadziejna gra

Monday, October 29th, 2001

Polar Wrocław – ŁKS 2:0 (1:0)1:0 Grabowski (14), 2:0 Grabowski (47, karny)

Żółte kartki: Ozimek, Augustyniak, czerwona: 70, Narwojsz (wszyscy Polar), Smoliński, Kowalski, Błażejewski (wszyscy ŁKS). Sędziował Leszek Gawron (Rzeszów). Widzów około 500.
Polar: Keller – Lamberski, Nakielski, Żelasko, R. Lis – P. Lis (46, Garguła), Augustyniak (79, Ignasiak), Grabowski, Ozimina – Narwojsz, Aleksander (73, Bugaj).

NOTY W RANKINGU SREBRNE BUTY „EXPRESSU ILUSTROWANEGO”
ŁKS: Skrzypiec 5 – Kowalski 3, Napierała 3, Golański 3, Smoliński 2 (46, Krysiński 2) – Łabędzki 3, Sierant 3, Kucz 2 (60, Dopierała 1), Stankiewicz 2 – Błażejewski 3, Matusiak 2 (53, Wójcik 2)Tak beznadziejnie słabo grającego ŁKS ani w ubiegłym, ani w tym sezonie jeszcze nie oglądałem. Łodzianie, na tle przecież słabego stosunkowo rywala jakim jest Polar, robili okresami wrażenie wtórnych analfabetów piłkarskich. Nie potrafili przez cały mecz przeprowadzić ani jednej składnej akcji ofensywnej, która zagroziłaby poważniej bramce wrocławian.

Jeden, jedyny celny strzał (zresztą niegroźny) oddał Karol Wójcik dopiero w 80 min. spotkania.A od 70 min., co należy podkreślić, gospodarzom przyszło grać w osłabieniu, ponieważ za rozmyślne uderzenie Marcina Krysińskiego w twarz, w szarpaninie na polu bramkowym ŁKS, czerwoną kartką ukarany został Marcin Narwojsz. Sędzia główny ani jego asystent na linii, tego zdarzenia nie dostrzegli.

Zauważył je natomiast sędzia techniczny Robert Pszeniczny (również z Rzeszowa) i dopiero po jego interwencji Narwojsz został usunięty z boiska. Liczebna przewaga łodzian nie poprawiła jednak ani o jotę ich stylu walki. Nadal tylko piłkę chaotycznie kopali, a nie w nią grali.

Od początku meczu zarysowała się dość wyraźna przewaga drużyny Polaru, chociaż sprzymierzeńcem gości był silnie wiejący wiatr. Już w 4 min. wrocławianie mogli uzyskać prowadzenie, kiedy to po błędzie Krzysztofa Smolińskiego do czystej pozycji strzeleckiej doszedł Łukasz Augustyniak. Świetnie zachował się w tym momencie Jakub Skrzypiec, który zdołał wybić piłkę na róg.

W 10 min. później był jednak bezradny, kiedy po rzucie wolnym piłkę otrzymał Marek Grabowski i silnym, płaskim strzałem z dystansu pokonał łódzkiego golkipera. Nie bez winy była łódzka defensywa, która nie tylko zasłoniła pole widzenia swemu bramkarzowi, ale biernie przyglądała się jak Grabowski składał się do oddania strzału.

Losy meczu rozstrzygnęły się już w 2 min. po rozpoczęciu drugiej odsłony pojedynku. W pole karne wdarł się Rafał Ozimina, a Artur Kowalski, chcąc powstrzymać jego szarżę, spowodował jego upadek. Sędzia podyktował rzut karny, a pewnym wykonawcą został Marek Grabowski. Potem (67 min.) na listę strzelców dla Polaru mógł się wpisać Łukasz Augustyniak (wybronił Skrzypiec), a w chwilę później strzał Rafała Lisa zablokował Marcin Krysiński.

Nie ma co szerzej rozpisywać się na temat przebiegu tego meczu, który w ogólnym przekroju stał na słabym poziomie.
Trzeba jednak dodać, że na tle beznadziejnej postawy ełkaesiaków piłkarze Polaru mogli uchodzić za piłkarskich profesorów. Sami gospodarze nie kryli swego zaskoczenia, że tak łatwo udało się im zdobyć komplet punktów. Gdyby nie skuteczne interwencje Jakuba Skrzypca wynik tego pojedynku mógłby być dla nich jeszcze bardziej korzystny.

Blamaż ŁKS! Tylko takim zawołaniem można skwitować sobotni występ łodzian przeciwko Polarowi, który zalicza się do słabeuszy na II – ligowym podwórku.

Autor artykułu: (m. st.)

Rehabilitacja Polfy Pabianice?

Friday, October 26th, 2001

Koszykarki pabianickiej Polfy po raz drugi, a ŁKS po raz trzeci wystąpią w ligowym meczu bieżącego sezonu.

Podopieczne trenera Mirosława Trześniewskiego, mając jeden mecz zaległy z Wisłą Kraków (odbędzie się 30 bm.), we własnej hali w sobotę o godz. 17 zmierzą się z SMS Warszawa, drużyną która na inaugurację ligi uległa w Olsztynie Łączności 52:79, ale w minioną środę potrafiła pokonać u siebie Quay POSiR Poznań 86:70. Nieudaną premierę miały także pabianiczanki, ulegając u siebie Odrze Brzeg 79:80, zatem czas na pierwszą wygraną.

- Ten zimny prysznic na inaugurację na pewno dobrze zrobi dziewczynom, bo już myślały, że są mistrzyniami świata – mówi trener Polfy Mirosław Trześniewski. – Dlatego też tym razem, w meczu z SMS, powinniśmy zagrać dużo lepiej i odnieść pierwsze zwycięstwo. Do dyspozycji mam wszystkie zawodniczki, oczywiście poza Renatą Piestrzyńską, która w poniedziałek wznowiła treningi. Za dwa miesiące będzie brana pod uwagę, przy ustalaniu składu. Obecnie razem z Elą Trześniewską ma indywidualne treningi pod kierunkiem szkoleniowca kadry od przygotowania ogólnego Jana Nowaka.

Koszykarki ŁKS w sobotę o godz. 16 grają z Quay POSiR w Poznaniu. Bilans obu drużyn jest podobny. Podopieczne trenera Dariusza Raczyńskiego przegrały we Wrocławiu ze Ślęzą 72:79, ale we własnej hali we wtorek pokonały Łączność 86:76. Poznanianki u siebie zwyciężyły Wisłę Kraków 83:72, a następnie uległy sobotnim rywalkom Polfy.

- Właśnie porażka z SMS w Warszawie sprawia, że koszykarki z Poznania wystąpią przeciwko nam z mocnym postanowieniem zrehabilitowania się w oczach własnych kibiców – powiedział nam kierownik drużyny ŁKS Wojciech Smaczny. – Postaramy się jednak o pierwsze wyjazdowe zwycięstwo. Wszystkie dziewczyny są zdrowe i gotowe do gry. Zarówno my, jak i poznanianki to doświadczone zespoły, zatem gra powinna być ciekawa.

Autor artykułu: (dk)

Nie dajmy się cmentarnym hienom!

Friday, October 26th, 2001

Co dzień i co noc cmentarzy komunalnych na Dołach i Zarzewie pilnują ochroniarze. Pracę zaczynają w różnych godzinach – tak, by złodzieje nigdy nie wiedzieli, kiedy mogą na nich natrafić.

29 cmentarnych hien już wpadło w ich ręce. Nie wszyscy przestępcy uciekali na widok munduru, niektórzy kradli patrząc ochroniarzom prosto w oczy. Andrzej Możyszek, kierownik działu administracji i spraw socjalnych Łódzkiego Zakładu Usług Komunalnych:

- Kradzieży było tyle, że musieliśmy poprosić o pomoc ochroniarzy.

Magdalena Waliszewska, kierowniczka cmentarza komunalnego na Dołach:

- Teraz ludzie czują się bezpiecznie. Ochroniarze przynoszą odzyskany łup do kancelarii, skąd okradzeni zabierają swoje rzeczy.

Helena Maciejewska, kierowniczka cmentarza na Zarzewie:
- Odkąd ci panowie pojawiają się na cmentarzu, nie mamy sygnałów o kradzieżach.

Zbigniew Ratajek, komendant rejonu koncesjonowanego biura detektywistycznego otwiera brulion z notatkami służbowymi:
- Trzy czwarte schwytanych złodziei to… kobiety. Jedna nie dość, że była poszukiwana listem gończym, to jeszcze miała wyrok w zawieszeniu za kradzieże. Wszyscy kradli, bo potrzebowali pieniędzy na wódkę.

Godzina 9.00: Bogusław Stawowski i Mirosław Tomczak wsiadają do służbowego samochodu. Pełne umundurowanie: czarny uniform z napisem „ochrona”, pałka, gaz, kajdanki, telefon komórkowy, nadajnik. Jadą na cmentarz komunalny na Dołach (powierzchnia 12 hektarów, 18 tysięcy nagrobków). Jeśli wszystko będzie w porządku, przeniosą się na Zarzew (10,5 ha, 24 tys. grobów).

Nie pada, więc sporo ludzi sprząta groby, pracownicy cmentarza odkurzają liście z alejek. Starsza pani zostawiła torebkę na pomniku i poszła po wodę. Druga położyła swoje rzeczy na ławce, kilka metrów dalej i zajęła się pracą.

- To okazja dla złodzieja – denerwują się detektywi. – Na zabranie takiej torebki wystarczy przecież ułamek sekundy!
Ochroniarze już nieraz gonili złodziei, którzy wypatrywali pozostawionych bez opieki rzeczy. Kilka razy udało się ich złapać, ale był i taki przypadek:

- Kobieta narobiła krzyku, że ją okradziono. Wstydziła się jednak przyznać, że pozostawiła torebkę byle gdzie. Zaczęła zmyślać, że ktoś ją napadł i opisywać, jak wyglądał.

Dopiero od świadka zdarzenia dowiedzieliśmy się, co stało się naprawdę i że… ofiara w ogóle nie widziała sprawcy – mówi Mirosław Tomczak.

Każdy patrol ochroniarze zaczynają od „zameldowania” się w elektronicznym rejestratorze czasu pracy. Małe urządzenia zamontowane są w kilku miejscach: na murze kaplicy, obudowie śmietnika, w oknie kancelarii, a nawet na płocie. Dzięki nim pracodawcy są w stanie sprawdzić, czy strażnicy stawili się do pracy i jak długo w niej byli.

Każdy przewrócony krzyż, nadłamaną tablicę trzeba opisać w notatce służbowej. Czasami to efekt wichury, ale czasem dzieło wandala. Można też spotkać bezdomnego, który lubi nocować na cmentarzu „bo cisza i spokój”. Trzy razy ochroniarze wyprowadzali też z nekropolii 22-letniego narkomana, który wąchał klej. Nie kradł, więc nie wezwano policji…

Antonina Kuc, która przyjechała z Głowna na grób wnuczki, chwali ochroniarzy.

- Odkąd tu są, kwiaty i znicze przestały ginąć. A było już tak, że obcinałyśmy z córką łodygi kwiatów na krótko, bo inaczej natychmiast ktoś je zabierał.

Dwie siostry: Kazimiera Ciach i Stanisława Fastudzin zawsze przychodzą na cmentarz razem.

- Boimy się przyjść samotnie. Na Kurczakach napadli kobietę, pobili ją i wyrwali torebkę. Widziałyśmy, jak płakała. Tutaj czujemy się bezpiecznie.

Nie wszyscy podzielają ich zdanie:

- Spokojnie jest tylko na głównej alei. Ja mam grób męża i rodziców na uboczu. Tu złodzieje nadal kradną. Ostatnio zabrali mi 4 znicze po 7-10 zł. Jestem emerytką. To dla mnie majątek – płacze Zofia Kokietek.

- Jest nas tylko dwóch, nie możemy być wszędzie. Zresztą jesteśmy w mundurach, złodzieje pilnują nas, a nie my ich – usprawiedliwiają się ochroniarze.

Alejką pod płotem spaceruje dwóch mężczyzn. Rozglądają się, ręce mają puste; bez siatek, kwiatów, zniczy.

- Jestem pewien, że przyszli polować na zostawione bez opieki torebki. Po tylu latach pracy to się czuje – mówi B. Stawowski.

Widok munduru sprawia, że mężczyźni odchodzą. Jednak nie wszystkich złodziei to odstrasza:

- Kiedyś o 4.00 rano dostrzegliśmy tu mężczyznę, który wyrywał z ziemi tuje. Spojrzał na nas obojętnie, wyrwał kolejną, otrzepał jakby nigdy nic – wspomina M. Tomczak.
Było i tak: Niezadowolony z łupu, złapany na gorącym uczynku złodziej kwiatów powiedział lekceważąco:

- Nie ma co brać, wszystko stare…

Z kolei kobieta schwytana z torbą pełną zniczy wykrzyknęła, gdy stróże odbierali jej rzeczy: „Ojej, ile flaszek mi przepadło”!

- Bo oni wszystko przeliczają na alkohol. Do skradzionych zniczy dolewają stearyny i sprzedają po 50 groszy – mówi Z. Ratajek, szef ochroniarzy. – Za 10 zniczy dostają 5 zł, czyli równowartość dwóch win.

Jak bardzo złodzieje czują się bezkarnie, może też świadczyć takie oto zdarzenie: O godzinie 3.55 na Zarzewie ochroniarze zobaczyli światełko w ciemnościach. Okazało się, że to nie zgaszony znicz w pełnej łupów reklamówce złodzieja…

Autor artykułu: Magdalena Grochowalska

170 przodków łódzkiego

Friday, October 26th, 2001

Jerzy Kazimierz Matuszewski sam udokumentował pochodzenie swoich 170 przodków po mieczu i kądzieli. Ustalił również, że jego pra-pra-pra-pradziadek urodził się w 1776 roku, a on sam jest szlachcicem herbu Topór.

Jerzy Matuszewski, rocznik 1942, od kilku lat nie pracuje i oddaje się nowej pasji: szpera w archiwach i przeczesuje cmentarze. Za cel postawił sobie bowiem odtworzenie rodzinnej genealogii.

- Historią swojej rodziny zainteresowałem się dwa lata temu – wspomina.

- Wówczas wśród pliku starych rodzinnych fotografii natrafiłem na stuletnie zdjęcia-pocztówki. Wszystkie robione były u dawno zapomnianych łódzkich fotografów z ul. Przejazd 1, Widzewskiej 35 i Głównej 1. Na jednym ze zdjęć zachował się nawet lekko rozmazany napis: „Fotografija artystyczna. Klisze przechowują się. Niepogoda nie robi różnicy w zdjęciach”. Łza mi się w oku zakręciła…

Na jednym z lepiej zachowanych zdjęć uczesana stylowo kobieta przyciska do serca maleńką dziewczynkę. Kolejna pożółkła fotografia przedstawia przystojnego mężczyznę w mundurze Wehrmachtu.

- Zastanawiałem się, czy to aby na pewno moja rodzina? – dzieli się swoimi wątpliwościami pan Jerzy.

Po linii niemieckiej i polskiej

Rozpoczynając swoje poszukiwania Matuszewski rozesłał pół setki listów po urzędach stanu cywilnego, archiwach i parafiach. Podawał orientacyjne daty urodzin lub śmierci swoich dziadków. Potem nawiązał kontakty z ambasadami. Po kilku miesiącach urzędy zaczęły odpowiadać.

- W każdej nadesłanej metryce dziadków miałem dane ich rodziców. I tak po nitce do kłębka zagłębiałem się w historię rodu – wspomina. – Poszukiwania były trudne, ale dotarłem dalej niż przypuszczałem.

Po latach znalazł odpowiedź na wątpliwości, jakie zrodziło w nim zdjęcie mężczyzny w niemieckim mundurze. Udało mu się ustalić, że dziadkowie i pradziadkowie ze strony mamy piszący się: Pietsch, Pitsch, Pitcz, Pitsz, Pitszcz lub Picz, mieli korzenie w Niemczech. W Koronie pojawili się w 1598 roku i zamieszkali w Białymstoku.

- Mój dziadek Adek Pietsch urodził się w 1895 i podczas pierwszej wojny światowej służył w armii niemieckiej. Był tłumaczem w firmie budowlanej – opowiada o efektach swoich poszukiwań. – Po powrocie do Polski pracował jako starszy księgowy i administrator w banku Towarzystwa Wzajemnego Kredytu Przemysłowców Łódzkich przy ul. Pierackiego 15 (obecnie Roosevelta). Potocznie mówiło się o nim „bank kupców łódzkich”. Jego ojciec, a mój pradziadek Gustaw Adolf Pietch, urodził się w Supraślu w 1873 roku. Zdjęcie na którym ściska w dłoni dokumenty, należy do najstarszych w rodzinie.

Siódme pokolenie

W swoich badaniach pan Jerzy zajął się rodziną ojca i matki. Ta druga jednak, jak przyznaje, jest mu znacznie bliższa. Babcia z domu Kwiatkowska pochodzi z okolic Rawy Mazowieckiej. To na tamtejszych wiejskich cmentarzach spędził najwięcej czasu. Ze starych płyt nagrobnych spisywał dane, które potem weryfikował w urzędach stanu cywilnego.

W ten sposób ustalił, że jego prababcia Eleonora urodziła się w 1864 roku, a jej ojciec w 1838 roku w Regnach. W swoich badaniach doszedł do pra-pra-pra-pradziadka Franciszka hrabiego Kwiatkowskiego, herbu Gryf.

- Urodził się w majątku Modrzew koło Budziszewic w 1776 roku, czyli tylko cztery lata po pierwszym rozbiorze Polski, a 25 lat przed uchwaleniem Konstytucji 3 Maja – oblicza Jerzy Matuszewski. – Ja jestem więc siódmym pokoleniem rodu. Ale to nie koniec poszukiwań. Przecież o rodzinie Kwiatkowskich kroniki wspominają już w 1280 roku – dodaje.

Jego ustalenia nie kończą się na samych datach. W rodzinie od lat są pewne prawidłowości: mężczyźni żyją po 88 lat, a kobiety nawet 96. Od XIX wieku jej członkowie dwukrotnie wstępują w związki małżeńskie. Po pierwszym nieudanym, kolejny zawierają w maju. Zawsze – wbrew regule – są to szczęśliwe związki.

Szlachcic z patentem

Jerzy Matuszewski spisał już wyniki swoich badań i na razie wydrukował je w formie skryptu. W komputerze rodzinną genealogię co rusz uzupełnia o nowe fakty. Gdy pojawi się nowy trop, nadzieja na zdobycie kolejnego dokumentu, jedzie w Polskę.

Plon dwuletniej pracy okazał się imponujący. Zgromadził 130 metryk, aktów ślubu i zgonu. Ustalił pochodzenie 170 przodków.

- Kosztowało mnie to kilkaset godzin pracy i 2,5 tys. zł – wylicza. – Za odpisy aktu zgonu musiałem płacić po 20 zł, a za godzinę poszukiwań w archiwach 22 złote.

Wyniki swoich badań wysłał do Heroldii Wielkiej Kapituły dla Polski orderu Św. Stanisława, która zajmuje się genealogią szlachecką.

„Po przeprowadzeniu badań do dziejów rodziny po mieczu i kądzieli potwierdzamy dziedziczne szlachectwo i herb Topór. Jerzy Kazimierz Matuszewski ur. 21 stycznia 1942 roku, syn Zygmunta i Ireny z domu Pitcz, vel Pitsz vel Pietsc w prostej linii od Gotffrita Pietscha z Duisburga, co wpisuję do metryki szlacheckiej Heroldii dla Polski” – odpowiedziano mu i wyniki jego prac wpisano jako patent pod nr 11/09/2001.

Autor artykułu: Liliana Bogusiak

Informatory do kosza

Thursday, October 25th, 2001

Zamieszanie z egzaminem dojrzałości udzieliło się łódzkim uczelniom. Każda z nich kilkakrotnie musiała zmieniać zasady przyjęć na przyszły rok akademicki.

Teraz wszystko trzeba robić od nowa, bo przecież rząd zadecydował, że nowy egzamin dojrzałości zostanie wprowadzony dopiero w roku szkolnym 2004/2005.W maju, na wieść o wprowadzeniu nowej matury, szkoły wyższe podejmowały uchwały, że nie będzie dodatkowych egzaminów. O przyjęciu na dany kierunek miały decydować przede wszystkim oceny z przedmiotów na świadectwie dojrzałości.

- Zwykle o tej porze byliśmy już po wizytach w szkołach, gdzie tłumaczyliśmy uczniom, jak dostać się na studia – mówi dr Wojciech Pyć, pełnomocnik rektora Politechniki Łódzkiej ds. rekrutacji. – Teraz dzwonią do nas kandydaci pytając, co będzie w przyszłym roku, a my nie możemy powiedzieć nic konkretnego. W czwartek będziemy dyskutować o tym na posiedzeniu komisji senackiej. Ostateczne decyzje podjęte zostaną pod koniec listopada. Wobec tego z akcją informacyjną ruszymy na dobrą sprawę dopiero w grudniu.

Politechnika wiele razy zmieniała regulamin przyjęć, a trzeba nanieść kolejne poprawki. Na pewno musi się zmienić harmonogram ogłaszania wyników. Według ostatniego projektu, osoby podchodzące do egzaminu łączonego z egzaminem wstępnym na PŁ miały na nie czekać do
26 lipca, czyli do momentu ogłoszenia wyników nowej matury. W obecnej sytuacji tak długi okres oczekiwania byłby bezsensowny.

Kolejną sprawą jest wydłużenie listy szkół, w których przeprowadzana będzie matura łączona. Do tej pory widniały na niej jedynie technika, gdzie obowiązywać miała „stara matura”. Obecnie można już z powrotem dopisać licea.

Istnieje prawdopodobieństwo, że podczas dzisiejszego spotkania władz uczelni nie zmienią się natomiast wymagania dotyczące przedmiotów obowiązujących na maturze łączonej z egzaminami wstępnymi na PŁ. Jeśli nie pojawią się nowe pomysły, kandydat musiałby zdawać matematykę (egzamin pisemny) oraz fizykę lub chemię i język obcy (egzamin ustny).

Skomplikowany informator z kryteriami przyjęć osób z nową maturą na poszczególne kierunki wyrzuca też na śmietnik Uniwersytet Łódzki. Uczelnia podjęła szybką decyzję: w przyszłym roku egzaminy wstępne przeprowadzane będą tak, jak do tej pory.

- Nie będzie osobnego regulaminu dla kandydatów podchodzących do egzaminu dojrzałości według nowych zasad – mówi Barbara Napieraj, rzecznik Uniwersytetu Łódzkiego. – Jeśli nawet pojawią się takie osoby, i tak każda z nich będzie musiała przejść dodatkowe egzaminy wstępne. Nie jesteśmy przecież w stanie przewidzieć, ilu absolwentów zdecyduje się zdawać nową maturę.

Autor artykułu: (iwo)

Pożar przerwał lekcje

Wednesday, October 24th, 2001

Zaprószenie ognia było przyczyną pożaru, który wybuchł wczoraj po godz. 18 w siedzibie prywatnej firmy w budynku przy skrzyżowaniu al. Kościuszki 123. Piętro niżej mieści się szkoła języków obcych, w której trwały właśnie zajęcia.

Ogień wcześnie dostrzeżono i bezzwłocznie wezwano straż pożarną. Akcja rozpoczęła się od ewakuacji ludzi z zagrożonych pięter. Ratownicy wyprowadzili 60 osób. W biurze spłonęły tylko dwa biurka, krzesło, kosz na śmieci i komputer. Nikt nie odniósł obrażeń.

Autor artykułu: (pij)